Boży pomysł na udane małżeństwo – relacja i świadectwo

W dniach 25-29 maja odbyły się w Bardzie Śląskim w domu rekolekcyjnym „Jutrzenka”, prowadzonym przez  Zgromadzenie Sióstr Maryi Niepokalanej, rekolekcje „Boży pomysł na udane małżeństwo”. W rekolekcjach wzięło udział 18 małżeństw (11 z archidiecezji wrocławskiej) z dziećmi.

Rekolekcje prowadził ks. Marcin Gacek CSsR oraz Krysia i Wiesiek Bratkowie, a dziećmi opiekowali się Ewa i Grzesiek Lidzbarscy oraz Renia, Andrzej i Filip Kusiowie. Łącznie było nas 80 osób, w tym 36 dzieci.

GODZINA ŚWIADECTW

GODZINA ŚWIADECTW

W ramach rekolekcji przedstawiono następujące tematy: Sakrament małżeństwa, Rola męża wg Bożego planu, Boży pomysł dla żony, Zagrożenia relacji małżeńskich, Panie ile razy mam przebaczyć, Co zrobić, aby nasze małżeństwo było ciągle udane.

Każda konferencja składała się z trzech części: prezentacji komputerowej przedstawianej przez parę prowadzącą, świadectw uczestników dotyczących tematu oraz podsumowania kapłana.

W świadectwach podkreślano, jak ważne jest doświadczenie wyniesione z domu rodzinnego, jak trzeba być uważnym, by nawet z pozoru niewinne sytuacje nie zagroziły jedności małżeńskiej, jak ważnym jest, by uczyć się i umieć przebaczać.

Prawie wszystkie małżeństwa stwierdziły, że głęboko przeżyły modlitwę małżeńską i spowiedź św. u księdza Marcina w przedostatnim dniu rekolekcji. Wielkie zainteresowanie wywołał też temat przebaczenia.

W KAPLICY

W KAPLICY

Ksiądz Marcin po raz pierwszy współprowadził takie rekolekcje dla młodych małżeństw z dziećmi. Oto jego krótkie świadectwo:

 

„Jest nadzieja . Bardzo zachwycił mnie widok kochających się młodych małżeństw z naręczem kilkorga dzieci. To ludzie wierzący, uczciwi, przebaczający sobie, dbający o swój związek i o dzieci, szczerze dzielący się swoją relacją z Bogiem.

Warto było być tego świadkiem. Dziękuję, że tu byłem. Za rok, jeżeli tylko będę mógł, pojadę z wami”.

Marcin Gacek CssR

 

Uczestnicy wyjeżdżali bardzo zadowoleni, czasem z postanowieniem „w najbliższym czasie pojedziemy na długie rekolekcje wakacyjne – oazę”. Niestety, nie doczekaliśmy się wielu świadectw. Poniżej przedstawiamy jednak jedno z tych, które otrzymaliśmy.

 

Szczęść Boże,

Jesteśmy z mężem 5 lat po ślubie. Mamy 2 wspaniałych dzieci, Jaś 3,5 roku i Lenka pół roczku. Chcieliśmy podzielić się naszym świadectwem, które po części opowiedzieliśmy na rozważaniach rekolekcyjnych w grupach, ale nie dopowiedzieliśmy wszystkiego (emocje wzięły górę). Pisać jest znacznie łatwiej, zwłaszcza kiedy wspomnienia są dość trudne do opowiedzenia.

Kiedy byłam w ciąży z Jasiem wszystko było porządku, tzn. cały przebieg ciąży, wszystkie badania wręcz książkowe. Niestety, po porodzie 13 października 2012 roku okazało się, że Jasiu ma wrodzoną bardzo poważną wadę serca i musi zostać przewieziony do innego szpitala (Górnośląskie Centrum Zdrowia Dziecka). Mój stan emocjonalny jest ciężki do opisania, miałam milion różnych uczuć i emocji w sobie. Od gniewu i złości na lekarzy, przez ogromny żal, smutek. Podczas ciąży modliłam się o zdrowie dla Jasia i nie rozumiałam, dlaczego to się wydarzyło. Teraz dokładnie nie pamiętam, ale pewnie na Pana Boga też trochę się gniewałam, pomimo to  był to moment, kiedy po raz pierwszy w życiu zaczęliśmy się razem modlić z mężem. Wyciągnęliśmy obraz Pana Jezusa Miłosiernego, który od czasu ślubu przeleżał w szafie, ponieważ nie wiedzieliśmy, gdzie go powiesić  (jest dość duży i ma dużą złotą ramę, taką trochę „kościelną”, jest to prezent od zaprzyjaźnionego księdza, który udzielał nam ślubu), ale wtedy przestało nas to obchodzić. Teraz obraz wisi w naszej sypialni.

Na drugi dzień po porodzie wypisałam się na własne żądanie ze szpitala, żeby od razu jechać do Jasia, leżał najpierw ok. 2 tygodni na OIOMie (mogłam do niego wejść na pół godziny dziennie, ale też nie udawało się to, niestety, codziennie ze względu na inne dzieci, które leżały na tej sali), później 2 tygodnie na Patologii Noworodka (tutaj wpuszczali mnie nawet na 2 godziny dziennie).

Paweł po chyba 2 dniach powiedział, że powinniśmy ochrzcić Jasia, bo nie wiadomo, jak dalej będzie. Strasznie się rozpłakałam, bo wiedziałam dobrze, o co mu chodziło, przecież nie wiadomo było czy Jasiu przeżyje operację. Nie chciałam w ogóle o tym myśleć, bo wydawało mi się, że to będzie oznaczać, że zgadzamy się na wszystko, ale po chwili przyznałam mu rację (gdyby nie on, ja pewnie bym o tym nie pomyślała). Paweł powiedział, że to bardzo ważne, żeby Jaś był ochrzczony, a ja myślałam, że Chrzest przecież będzie, kiedy on wróci do domu, zrobimy przyjęcie dla rodziny, spotkamy się razem itd., ale nie wiadomo było czy i kiedy on wróci.

Chrzest odbył się na sali OIOMu, ksiądz przyniósł wodę święconą w strzykawce, ale nic oprócz tego nie wolno było wnieść, i tak zgodzili się wyjątkowo, żeby rodzice Chrzestni też z nami weszli (normalnie przy łóżeczku mogła być jedna osoba). Przed tym ksiądz odprawił Maszę Św. w kaplicy szpitalnej. Teraz wiem, jakie to było ważne i że musiałam się z tym w sercu pogodzić, pomyśleć, że w razie czego Jasiu był już ochrzczony. Dziękuję za to mężowi, bo ja naprawdę nie pomyślałam o tym.

Po miesiącu Janek przeszedł 6 – godzinną operację, później spędził jakiś czas na sali pooperacyjnej na Kardiochirurgii. W dniu operacji przyjechali do nas znajomi i szwagier męża do szpitala, żebyśmy nie byli tam sami. Najpierw modliliśmy się w Kaplicy Aniołów Stróżów w szpitalu, a później poszliśmy do szpitalnej kawiarni. Lekarz powiedział, że prawidłowa operacja tego typu będzie trwała min. 4 godziny, ale jeśli potrwa dłużej, tzn. że są jakieś komplikacje. Niestety, tak się zdarzyło, po niecałych 4 godzinach wróciliśmy pod drzwi sali operacyjnej, ale nikt nie wychodził, od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Wtedy wyjęliśmy z mężem różańce i zaczęliśmy się w ciszy modlić. Kiedy wywieźli Jasia z Sali, nikt do nas nie podszedł, poszliśmy za nim na oddział i tam rozmawiał z nami lekarz. Podczas operacji wystąpiło kilka rzeczy, których wcześniej nie dało się przewidzieć, ale w końcu operacja się powiodła. Najważniejsze miały być kolejne godziny. Lekarz, który był na dyżurze, pozwolił mi dzwonić na oddział co 2 godziny, żeby sprawdzać czy wszystko jest dobrze. Po powrocie poszliśmy do kościoła pomodlić się, a całą noc ściskałam w ręce różaniec. Kiedy dzwoniłam ostatni raz ok. 4 rano, lekarz powiedział, że mogę zadzwonić trochę później, bo na razie wszystko jest w porządku. Przez kolejne dni, kiedy widziałam Jasia, w ogóle nie był podobny do siebie. Miał opuchnięte całe ciało (efekt po operacji), ale cały czas stawałam przy jego łóżeczku i odmawiałam w myślach różaniec (zresztą przed operacją też to robiłam, a w domu  modliliśmy się razem z mężem). W końcu Jasiu zaczął dochodzić do zdrowia, spędziliśmy jeszcze kilka dni na Kardiologii i 5 grudnia 2012 roku wyszliśmy do domu.

Lekarz, który operował Jasia, to niesamowicie spokojny i ciepły człowiek, dziękujemy Panu Bogu, że czuwał nad nim i całym personelem szpitala przed, w trakcie i po operacji. To jest niesamowicie trudna i wymagająca praca.

 Jest jeszcze wiele sytuacji, które mogłabym opisać dotyczących pobytu w szpitalu, ale najważniejsze, co chcę przekazać, to to, że cały czas modliliśmy się Różańcem do Matki Bożej oraz Litanią do Św. Jana Pawła II (wtedy jeszcze Błogosławionego), odmawialiśmy też modlitwę do Św. Ojca Pio. Jasiu urodził się 13 października, w ostatni dzień objawień Fatimskich. Wierzymy, że Pan Bóg przez wstawiennictwo Matki Bożej i nie tylko uratował Jasia. Włożyliśmy też różaniec do szafki szpitalnej przy łóżeczku Jasia. Wiem, że dzień jego narodzin nie był przypadkiem, że Matka Boża wzięła go pod swoją opiekę i jesteśmy Jej za to bardzo wdzięczni.  W tej chwili wiemy, że Jasiu w przyszłości będzie potrzebował jeszcze jednej operacji, ale na razie wszystko jest w porządku i jeździmy na kontrolę co pół roku.

Na rekolekcjach w Bardo uświadomiliśmy sobie, że w codziennym życiu zapomnieliśmy o wspólnej małżeńskiej modlitwie, która wtedy tak bardzo nam pomogła. Pan Jezus chciał nam przypomnieć o tym, żeby pielęgnować małżeństwo w duchu modlitwy. Teraz znów staramy się razem modlić, nie codziennie nam się to udaje, ale już zdecydowanie częściej niż przed rekolekcjami. Nauczyliśmy się  też szybciej i łatwiej wychodzić z codziennych nieporozumień, za co też jesteśmy wdzięczni  Panu Bogu.

 Chwała Panu!

Aga i Paweł

Relacja: Krysia i Wiesiek Bratkowie

 

  •  
  •  
  •  

Może Ci się również spodoba