Czeska Praga

Słyszeliście na pewno, że arcybiskup kardynał Dominik Duka OP ogłosił dni 31 maja – 6 czerwca czasem wielkiej ewangelizacji czeskiej Pragi. Ale może nie słyszeliście jeszcze, że archidiecezja wrocławska miała w tym swój maleńki udział.

Szukanie ludzi chętnych do zaangażowania w to dzieło zaczęło się na długo przed ewangelizacją. Ważną informacją było to, iż nie trzeba jechać do Pragi na cały tydzień, można nawet na jeden dzień. I to chyba właśnie nas zmobilizowało.

Odpowiedzialna za Diecezjalną Diakonię Ewangelizacji, Zuzia Wałkiewicz (nie, zbieżność mojego nazwiska z jej nazwiskiem nie jest przypadkowa) zwróciła się z prośbą o pomoc do wielu osób, aż wreszcie swoją gotowość do służby i chęć wyjazdu zgłosili: Filip, Dominika, Tomek, Paweł, Dagna, Ola, Maciek, Agnieszka i właśnie Zuzia. 9 osób w wieku mniej więcej 19-27 lat. Dwa samochody.

Co ciekawe, wiele osób pytało nas później w Pradze czy wszyscy jesteśmy z Diakonii Ewngelizacji – ale nie! „No to czy jesteście z jednej wspólnoty? Lub czy wszyscy reprezentujecie tu jakąś diakonię?” – Jedną diakonię? 9 osób i różne diakonie, różne wspólnoty z całej archidiecezji, bo nie tylko z Wrocławia.

Jaki był nasz cel? Jedziemy do Pragi tylko na jeden dzień, 5 czerwca. Wyruszyliśmy około 5:00 z Wrocławia, z pomocą Maćka, który siadł za kierownicą jednego z aut, ominęliśmy autostrady i w Pradze udało się być nieco po 10:00.

Mieliśmy małego pietra – że się z nikim nie dogadamy. Ale nie! Na miejscu słyszeliśmy i czeski, i słowacki, a w razie nieporozumień byli i inni Polacy, którzy nam co nieco wytłumaczyli, m.in. grupa rodzin z Krakowa czy znajomi z Poznania.

Większość ewangelizatorów przybyła już na początku tygodnia. To, co od razu łatwo można było zauważyć, to więź, jaka wytworzyła się między ludźmi z różnych krajów, a którzy dzięki wspólnej pracy i mieszkaniu pod jednym dachem zaprzyjaźnili się i bariera języka już nie miała znaczenia. Uśmiech, rozmowy, otwartość na siebie nawzajem – przebywając w dużej grupie, łatwo się tym zarazić 🙂

Ja niestety nie mogłam uczestniczyć we wcześniejszym spotkaniu mojej ekipy, kiedy spotkali się, by przygotować pantomimę. To było „zlecone” nam zadanie – jedna pantomima, którą pokażemy kilka razy w ciągu dnia. Przygotowane były też pieśni – po angielsku. Gdy więc Zuzia koordynowała wyjazd organizacyjnie, Ola, Maciek, Paweł, Tomek, Dagna, Filip i Dominika występowali w pantomimie oraz śpiewali i grali, ja pojechałam z założenia jako wsparcie głównie modlitewne. Na miejscu zaś okazało się, że można zrobić dużo więcej.

Pierwszy blok: od około 13:00 do 15:00. Modlitwa nad ekipą grającą z Czech, która rozpoczęła akcję ewangelizacyjną tego dnia – i do dzieła! Oni grają i śpiewają, a wszyscy pozostali uczestnicy tańczą z flagami, chodzą wokół naszego „placu” z planszami, mogą zagadywać przechodniów, rozdawać im obrazki lub próbować zwykłej rozmowy. Czy trzeba było mówić po czesku? Nie. Tak samo jak z „naszymi”, tak i z przechodniami można było porozumieć się w innych językach. Na ewangelizację wybrano ulicę w rynku, odwiedzaną licznie przez  turystów, nie wszyscy tam spotkani ludzie pochodzili zatem z Pragi. Nawet gdybyśmy zagadywali ich po polsku – zrozumieliby 🙂

Po pierwszym przedstawieniu pantomimy moja ekipa od razu wymieniła się spostrzeżeniami, co należałoby zmienić, jak grać też, by jak najmniej ucierpieć (dla osób, które mogą wiedzieć, o co chodzi, tłumaczę, że odgrywana była pantomima „Life House”).

Okazało się też, że mogę się przydać jako zaplecze techniczne – jeden z rekwizytów, bluzkę, należało pozszywać przed kolejnymi wystąpieniami. Wierzcie mi, aktorzy tak się wczuli w swoje role, że miałam, co robić.

Około 15:00 następował koniec pierwszego bloku, ponieważ już pół godziny później była sprawowana Eucharystia, najważniejszy punkt dnia dla uczestników ewangelizacji jak i dla przechodniów, którzy by akurat wtedy „zbłądzili” do kościoła. Eucharystia oczywiście sprawowana była po czesku. A po niej można było jeszcze zostać w świątyni, dla chętnych – jeszcze adoracja.

Gdy część z nas poszła coś zjeść, a międzyczasie też trwaliśmy przed Chrystusem w Najświętszym Sakramencie, przyszedł czas kolejnego bloku: od 17:00 do mniej więcej 20:00, 21:00. Znów śpiewy, świadectwa. Co ciekawe, część świadectw była tłumaczona. Znaleźli się ludzie, którzy tłumaczyli np. z czeskiego na angielski albo ze słowackiego na czeski. My nie byliśmy przygotowani na mówienie świadectwa, ale i tak właściwi ludzie się znaleźli. Bo oto nagle okazało się na przykład, że wśród nas jest kapłan, który jest z Czech, ale mówi dobrze po polsku. Porozmawiał z nami, dowiedział się, o czym jest pantomima i zrobił już po czesku wprowadzenie do kolejnego wystąpienia, a po nim dał świadectwo.

Niezwykły czas, niezwykła łaska. Pantomimę odegraliśmy w sumie trzy razy. Program był jednak tak bogaty, że nie udało nam się wyjechać wcześniej niż właśnie po 20:00. I to z rynku. Bo nim dotarliśmy do ośrodka (a to porządny kawał drogi – jechaliśmy jakieś 10 minut autobusem, a potem jeszcze przesiadka do metra i kolejne 10-15 minut) i zebraliśmy się do wyjazdu, już była 21:00.

Aktorzy byli umęczeni, ale szczęśliwi. Gdy jeszcze zbieraliśmy się do powrotu na rynku, podszedł do nas Marek, nasz główny kontakt z Pragą – Słowak, ów czeski kapłan mówiący po polsku oraz odpowiedzialny za Ruch Światło-Życie w Czechach, ojciec Jan; dziękowali nam serdecznie za przyjazd choćby na ten jeden dzień. I na koniec oczywiście błogosławieństwo na drogę.

Wiele osób na miejscu pytało czy nie moglibyśmy zostać, ale tak się złożyło, że byliśmy ekipą i osób uczących się, i pracujących. Jedni wyruszyli do Pragi niemalże tuż po pracy i wiadomo było, że po powrocie do Wrocławia z rana znów trzeba stawić się gdzieś na czas. I tylko ten jeden dzień pasował nam wszystkim na przyjazd. A warto też zauważyć, że szczególnie umęczyli się nasi kierowcy, bo to oni spali mało przed i po podróżach, a jeszcze trzeba było nas dowieźć bezpiecznie, więc oka długo nie zmrużyli. I wszystko na chwałę Pana!

Wyjazd z Pragi okazał się trudniejszy niż sądziliśmy, Pan jednak prowadził. Nie obyło się wprawdzie bez przygód, bo uniknęliśmy czołowego zderzenia z autobusem, ale wreszcie po niezliczonych i skomplikowanych manewrach udało się wrócić do Polski.

We Wrocławiu byliśmy 6 czerwca około trzeciej. A niektórzy jeszcze byli spoza stolicy Dolnego Śląska, więc czekała ich jeszcze dłuższa podróż.

Warto też w tym miejscu wspomnieć, że finansowo naszą podróż zorganizowała właśnie Diakonia Ewangelizacji archidiecezji wrocławskiej, za co jesteśmy niezwykle wdzięczni.

Pod względem wysiłku fizycznego i braku snu było wręcz ekstremalnie, ale radość, której doświadczyliśmy, pokój, współpraca z braćmi z innych wspólnot – nie tylko z Oazy: to było warte poświęcenia. A owoce zostawiamy w rękach Pana.

Agnieszka Wałkiewicz

zdjęcia: Zuzanna Wałkiewicz

  •  
  •  
  •  

Może Ci się również spodoba