Czwarty list z Karagandy

Drodzy oazowicze archidiecezji wrocławskiej!

To już ostatni list z Karagandy – ostatni przed moim wyjazdem do Polski w celu wyrobienia nowej wizy. Będą następne, ale wcześniej zdążę Was odwiedzić.

Zupełnie inaczej płynie czas, gdy towarzyszy nam świadomość, że wkrótce zobaczymy najbliższych. W moim przypadku czas zleciał bardzo szybko. Ponieważ bilety samolotowe mamy z Aniką w ręku już od jakiegoś czasu, myśli o podróży, pakowaniu się, planowaniu czasu w Polsce przychodziły częściej.

A tutaj? Tutaj życie toczy się dalej. Mogę się pochwalić, że wreszcie weszłam w obowiązki zakrystianki. Długo jakoś to trwało; może dlatego, że w każdym miejscu jest inaczej. I choć zasady te same, przyzwyczajenia kapłanów jednak trzeba opanować, na przykład w czasie adoracji. Jednemu przygotowuje się monstrancję, welon i klucz do tabernakulum w zakrystii, z resztą (alba, stuła) sam sobie radzi. Innemu trzeba przygotować wszystko, przy czym klucz w zakrystii z welonem, ale monstrancja już czeka na dole – w krypcie (dokąd z górnego kościoła kapłan przynosi Najświętszy Sakrament w kustodii). Trzeciemu wreszcie przygotowujemy wszystko, ale klucz już musi czekać przy tabernakulum. Czasem sobie myślę, że to nawet dobrze, że nie ma tu więcej księży. A z drugiej strony przyzwyczajenia znam, ale i tak się cieszę, że najczęściej „wystawienie” ma ten, który właściwie sobie sam ze wszystkim poradzi, jakbym czegoś zapomniała – czyli nasz proboszcz J.

jezuJezu ufam Tobie w języku kazachskim

            W parafii są tylko dwie siostry zakonne, ale gdy są nieobecne nagle uświadamiamy sobie, w ilu sprawach trzeba je zastąpić.

S. Polina najlepiej radzi sobie w zakrystii. W niedzielę ona wszystko przygotowuje (bo Msza w tygodniu nie jest aż tak problematyczna; w niedzielę przyjeżdża seminarium i trzeba ogarnąć nieco więcej spraw). Ale siostry zabrakło – pojechała na kilka tygodni do Rosji, na rekolekcje dla przełożonych. Diakon też w tym czasie był nieobecny, bo pojechał do Semipałatyńska, do ks. Józefa Treli na praktyki i trochę do domu, do Czarska, który jest niedaleko. S. Katia ma sporo własnych zajęć, bo przygotowuje się do zdawania na studia. Siłą rzeczy trzeba było ogarnąć zakrystię, ale i prowadzenie różańca przed Eucharystią – po rosyjsku! A gdy siostra przychodziła w ostatniej chwili, bo tak skończyły się zajęcia, to trzeba było jeszcze wyznaczyć osoby do różnych posług.

Ministranci – choć są – to nie przychodzą codziennie; z drugiej strony tylko dwóch może porządnie czyta, bo większość to mali chłopcy. Śpiewających osób ogólnie jest mało, chyba że na Mszy jest chór – a to ma miejsce tylko w niedziele. Do czytania więc i do modlitwy wiernych wyznacza się kogoś spośród wiernych, którzy przyszli na Eucharystię. Psalm najczęściej bierze jedna z sióstr, Kasia, diakon lub ja. Na wieczorną Mszę w środę i w niedzielę przychodzi Roman, organista z Majkuduka – jak najbardziej śpiewający. Zawsze jest też możliwość wyłapania pojedynczej osoby z chóru parafialnego, która pojawi się na Mszy. A pieśni? Nie mamy tu wyświetlaczy – są śpiewniki. I podejrzewam, że w całej Karagandzie (jeśli nie w całym Kazachstanie) takie same. Leżą po prostu w ławkach, a przed każdą pieśnią konkretna osoba podaje numer. Zwykle jest to nasza Kasia, czasem któraś z sióstr czy właśnie Roman. Ale mamy też oddaną parafiankę, Wierę. Wiera ma niesamowity głos, a to przecież już starsza pani! I odkąd tu jestem, to gdy ona przychodzi, jasne jest dla wszystkich, że Wiera czuwa nad śpiewami. W niektórych parafiach są tablice, na których przyczepia się numery kolejnych pieśni.

konkurs1przygotowania do konkursu

            Dziś chciałabym Wam nieco napisać o naszym niesamowitym biskupie. Ks. bp Janusz Kaleta jest – jak wskazuje tytuł – biskupem, ale jest też naszym domownikiem, częścią naszej rodziny. Z Aniką powoli się do niego przyzwyczajamy. Fakt, trudno niektóre jego zachowania przewidzieć, niekiedy trudno mi dostrzec jego dobre cechy, ale tak naprawdę biskup jest kochanym, otwartym i zatroskanym o dobro bliźniego człowiekiem. Gdy go zabraknie, gdy jedzie znowu w interesach/prowadzić rekolekcje/załatwiać sponsorów etc., zupełnie inaczej na niego patrzę. Chcę tu wspomnieć o jednym ciekawie spędzonym wieczorze.

Nasz Internet jest bardzo kapryśny. Bywa, że w kurii jest, ale w skrzydle domowników już go nie ma. Albo jest „na kablu”, bezprzewodowo już jakby nie istnieje. Jeszcze ciekawiej, gdy w moim pokoju działa, a u Aniki (pokój obok, w dodatku bliżej modemu) nie ma. Przy czym wszystkie te problemy bardzo często występują naraz. I pewnego wieczoru przy kolacji, gdy przy stole siedzieliśmy we czwórkę – ja, Anika, Kasia i ks. biskup, gdy poruszyłyśmy znów problem Internetu, on stwierdził, że w takim razie przyjmuje u siebie za 15 minut. To znaczy: zaprasza każdą z nas ze swoim laptopem do biura w kurii.

polinasiostra Polina

            Biskup zajął się w sumie komputerem Aniki, ale siedziałyśmy tam wszystkie trzy. Było późno, nam się zebrało na głupawkę. A jednak ks. bp nie uciszał, wręcz żartował z nami, opowiadał dowcipy. Wyjaśnił też w pewnym momencie system okablowania w domu: którędy/jakim kabelkiem/dokąd idzie nasz Internet. Niestety, nie powtórzę, trochę to skomplikowane było. Ale w rezultacie jestem bogatsza teraz o niezwykłe doświadczenie. Bo jak wiele osób może powiedzieć, że przyszło do kurii, siedziało z biskupem, i czekając aż on „naprawi” Internet na ich prywatnym komputerze – układało pasjansa?

Czasem, po relacjach różnych kleryków o tym, na jakich biskupów trafili podczas praktyk, wnioskuję, że my mamy naprawdę ogromne szczęście. Biskup Janusz Kaleta tylko sprawia wrażenie surowego, czasem trudno też przyjąć jego decyzje. Ale „w wolnym czasie” czy „między wierszami” dostrzec można dużą wrażliwość, zatroskanie. Tak, biskupi też mają uczucia.

konkurs2zwycięzcy konkursu

            Kiedyś w jednym z kazań mówił, że gdy na człowieka przychodzi pokusa, to na kapłana jeszcze większa, a na biskupa – jeszcze (jeszcze) większa i jeszcze częściej. Modlimy się podczas każdej Mszy za swoich biskupów, ale czy rzeczywiście? Spotkanie biskupa Kalety i możliwość codziennego poznawania go to dla mnie kolejna lekcja pokory i miłości.

Ledwo był Adwent, a już mamy Wielki Post. Wrócę jednak nieco pamięcią do tamtego okresu liturgicznego… Nic nie napisałam Wam przecież o roratach – a te były! A dokładnie w poniedziałek i w sobotę rano, a w środę wieczorem. Przy czym udało się namówić proboszcza na Msze tylko przy świecachJ – taki, powiedzmy, dla mnie osobiście akcent dominikański. A w sobotę po roratach organizowaliśmy śniadania dla parafian. Niewielu ich przychodziło, czasem nikt, ale kanapki były zawsze gotowe – najwyżej sami je potem dojadaliśmy.

konkurs3

W Wielkim Poście, oczywiście, jest i nabożeństwo Drogi Krzyżowej. W parafii przy katedrze dla dzieci jest już w czwartek, a potem jest i w piątek i jeszcze w niedzielę. Ja nigdy się nie spotkałam ze zwyczajem Drogi Krzyżowej w niedzielę, dlatego początkowo trudno było mi ów pomysł zaakceptować; ale wielu w piątek nie może – praca i inne obowiązki im to uniemożliwiają, w niedzielę to nabożeństwo jest właśnie ze względu na nich.

W związku z Rokiem Wiary zorganizowaliśmy przy katedrze konkurs ze znajomości Katechizmu Kościoła Katolickiego. Parafianie otrzymali chyba z miesiąc na lekturę i przygotowanie się, a 17 lutego miał miejsce wielki sprawdzian.

Przygotowania od strony technicznej trwały już na długo przed konkursem, bo zrobione były ostatecznie i prezentacja, i żetony (fikcyjne „talenty”, żeby uczestniczy mogli obstawiać stawki za kolejne pytania); prowadząca (s. Polina) tryskała energią i radością, a nasze jury (diakon, proboszcz, biskup) zawsze służyło pomocą przy tzw. pytaniach spornych. W międzyczasie pojawiły się też krótkie konkursy, za które można było zdobyć dodatkowe talenty. Kilkoro parafian stanowiło widownię.

Może komuś wydawać się, że dla tych czternastu osób, które zostały, by po niedzielnej Mszy wziąć udział w konkursie, nie warto niczego organizować. A jednak zabawa była przednia – zarówno dla uczestników, jak i prowadzących. I ze względu na uśmiech tych ludzi oraz na pewno jakąś dawkę wiedzy, którą zdobyli, wiem, że czas poświęcony na przygotowanie konkursu nie był stracony. W planach jest już kolejny – z Ewangelii wg św. Łukasza.

konkurs4

Aleksander, o którym Wam już niejednokrotnie pisałam, przygotowuje się do kolejnych święceń. Przepisy mówią o obowiązkowych sześciu miesiącach diakonatu, ewentualnie biskup może zezwolić z ważnych powodów na wcześniejsze święcenia kapłańskie. I tak oto Sasza zostanie księdzem 26 maja br.

Z jednej strony chcę Was znów prosić o modlitwę w jego intencji. A z drugiej – ma ktoś może pomysł na prezent dla kapłana?

W Kazachstanie nie ma sklepów ze „sprzętem liturgicznym”, z odzieżą dla kapłanów czy zakonnic. Wszystko szyte jest i przywożone głównie z Polski – stamtąd pochodzi bowiem większość tutaj obecnych księży. Zrozumiałe więc jest, iż klerycy w tutejszym seminarium nie kupują sobie sutanny – dostają je od księży, tzn. najczęściej już używane. Nie stać ich.

Sasza dostał sporo koszul na święceniach diakonatu; ks. Janusz przywiózł mu też nową sutannę z Polski – szkoda, że nie możecie go czasem w niej zobaczyć. O starą sutannę aż tak się nie troszczy, najbardziej mnie dziwi, jak zmywa w niej naczynia. Owszem, jest stara, trochę dziurawa… Teraz ma i drogą, nową – ale ta jest już traktowana z wyjątkowym szacunkiem. Co można by mu zatem sprezentować jeszcze?

Do powrotu do Polski został już bardzo blisko. Polecimy tym razem z Astany przez Mińsk i spędzimy w Ojczyźnie ok. 2,5 tygodnia. Chciałoby się spotkać ze wszystkimi, każdemu przywieźć prezent, pamiątkę z tego kraju, ale aż tak bogata nie jestem. Powrót do rodzinnego domu to połowa pobytu na wolontariacie w Kazachstanie, okazja do przemyśleń – co było źle, co trzeba zmienić/poprawić, a co było dobrze, w czym się przemóc i co kontynuować – od rozmyślania czasem głowa jednak boli. Problemów trochę przecież jest, a głównie mam je sama ze sobą. Ks. Piotr, mój spowiednik, stwierdził ostatnio, że próbuję sama siebie wyciągnąć za głowę z jeziora. Jak niby takie przedsięwzięcie ma się udać? Przede mną sporo pracy, zwłaszcza że są konkretne przeszkody do pokonania.

Powierzam się w dalszym ciągu Waszej modlitwie, jak i sama pamiętam o Was, dziękując Bogu za „zaplecze” duchowe, jak i materialne z Waszej strony.

Do zobaczenia już wkrótce!

Agnieszka Wałkiewicz

  •  
  •  
  •  

Może Ci się również spodoba