Drugi list z Karagandy

Wielu nowych doświadczeń się boję. Często powracają do mnie więc słowa ojca Blachnickiego: „Kto się boi, niech idzie do domu”. Czy boję się mniej? Ależ skąd.

Kochani!

Ani się obejrzałam, a tu już Adwent dobiega końca, mnie i Anice zaś mija połowa czasu, który tu spędzimy na obecnej wizie.

Listopad i grudzień były miesiącami wytężonej pracy. Nie tylko dlatego, że w czasie ferii przez tydzień pomagałyśmy siostrom eucharystkom w zajęciach z dziećmi. Włączyłyśmy się również w pracę z nimi co tydzień – po Mszy w niedzielę najmłodsi parafianie przychodzą do salek. Jedna z dziewcząt zajmuje się częścią katechetyczną dla nich, my (ja i Anika) będziemy czuwać nad ich zabawą – a jest nad czym (i nad kim) czuwać.

Chciałabym Wam opowiedzieć o każdym dziecku, jak bardzo są różni, jak ciekawa i trudna bywa z nimi praca; jak dzieci uczą mnie cierpliwości, przełamywania się, spontaniczności i odwagi. Ale list byłby wtedy dłuższy niż teraz, więc wierzcie mi na słowo: czas z nimi nie jest stracony.

kartki

Z dodatkowych zajęć: ostatnio miałyśmy okazję pomagać w Caritasie. Będzie bowiem organizowana akcja, której celem jest zbiórka pieniędzy dla ubogich rodzin. My akurat robiłyśmy kartki świąteczne.

Końcówka listopada i początek grudnia „obrodziła” w rekolekcje. Dla nas najważniejszym miejscem stała się na kilka dni inna parafia, p.w. św. Józefa. Kiedyś, gdy jeszcze nie było obecnej katedry, tam się wszystko odbywało. I kuria tam była, i biskup. Przy parafii jest Diecezjalne Centrum, dom, w którym są i pokoje dla gości, i salki na spotkania grupowe. Na pierwszej linii ognia – jeśli można to tak ująć – stanęli kapłani. W dniach 21-24.11 dla nich właśnie zorganizowano rekolekcje. Uczestników było około 16 – to i tak większość, bo wszystkich księży w diecezji jest 20. A nasza rola?

My z Aniką nabieramy coraz większej wprawy w roli kelnera, co w sumie nawet na dobre nam wyszło, ale o tym później. Pomagałyśmy w kuchni, gdzie prym wiodły siostry z Bałchasza. Wspaniałe kucharki i wspaniałe kobiety. Podziwiam je, bo my tam byłyśmy ostatecznie tylko dwa dni, a one pracowały niemalże do końca.

siostrysiostry z Bałchasza

W tym miejscu maleńka dygresja. Parafia p.w. św. Józefa jest w dzielnicy Majkuduk; katedra jest na Jugo-Wastoku (samochodem jedzie się jakieś 10-15 min). To spolszczone nazwy, oczywiście, ale będą przydatne; dużo się dzieje w obu parafiach. A u nas jest tak, że zamiast wezwania parafii mówimy między sobą raczej, że „coś-tam jest/wydarzyło się na Majkuduku”, co oznacza, że w parafii św. Józefa.

Zatem: tydzień po kapłanach na Majkuduku zorganizowano rekolekcje dla młodzieży z całej diecezji. Ja i Anika tym razem objęłyśmy role animatorek grup. „Droga do Emaus” – tak zatytułowano te rekolekcje, których tematem stało się Słowo Boże. Głównymi prowadzącymi był ks. Vladimir Dżurenda i ks. Vlad Nemec (na imię mieli tak samo, więc żeby ich rozróżnić, przyjęliśmy, że jeden będzie Vladimirem, drugi – Vladem).

ksiezaod lewej: ks. Vladimir, bp Janusz Kaleta i ks. Vlad

W prowadzeniu rekolekcji wspierała ich s. Alma Džamova– we trójkę stanowili ciekawe grono, ponieważ wszyscy są Słowakami. Ja i Anika miałyśmy też okazję, by podczas konferencji powiedzieć świadectwo młodym ludziom. Anika powiedziała nawet dwa.

Jeśli ktoś mnie zna, to wie, że się wszystkim przejmuję, przeżywam, denerwuję się; czasem najchętniej bym się wycofała. Naprawdę dziwię się, że Bóg mnie tu przysłał, bo animator według mnie powinien być odważny, pewny siebie, chcący nieustannie dzielić się z drugimi tym, co Pan mu dał, co uczynił w jego życiu; a ja mam wręcz odwrotnie. Nie chciałam brać udziału w tych rekolekcjach. Paradoks niezwykły – jestem animatorką Ruchu, ale jednak się boję, i to za każdym razem. Gdy już wieczorem w czwartek siedziałam na łóżku w pokoju na Majkuduku, uświadomiłam sobie, że jeśli teraz się wycofam, to już zawsze będę; że jeśli teraz nie zgodzę się, przyjdą później inne rekolekcje i wcale nie będzie mi łatwiej, znów będzie trzeba z sobą walczyć.

almas. Alma

Ostatecznie? Jestem przekonana, że to właśnie modlitwa i wstawiennictwo tych, którzy duchem są razem ze mną, sprawiły, że te rekolekcje nie były takie straszne. Grupa dziewcząt, którą dostałam, była wspaniała – słuchały, chętnie pomagały. Oczywiście, każda z nich jest inna, ale razem tworzyły całkiem zgrane grono. Anika np. trafiła już na młodzież starszą, bardziej nieokiełznaną; w połączeniu jednak z jej charakterem powstała intrygująco zróżnicowana, ale w miarę posłuszna grupa. Z akcentem na „w miarę”, ponieważ niektórzy konsekwentnie uciekali przed Aniką, gdy przychodził czas na wypełnianie dyżurów. Ale czy w Polsce nie bywa podobnie?

W niedzielę 1.12 wróciłyśmy do domu, a dzień wcześniej z Polski przyleciał z urlopu ojciec Janusz Potok. Bezsprzecznie, dziś już wiem, że dobrze mieć w domu ojca.

My wróciliśmy, a nasz kleryk, Sasza wyjechał na tydzień do Karmelu, na rekolekcje przygotowujące go do diakonatu. Rozpoczął się tydzień pracy, który miał nas wszystkich doprowadzić do tego ważnego wydarzenia. Także Was prosiłam o modlitwę w jego intencji – bardzo za nią dziś dziękuję.

Kleryków w seminarium jest jedenastu. Do tego Aleksander, który jednak już nie jest liczony jako seminarzysta, skończył bowiem studia i jest na praktyce przy katedrze. A 8 grudnia, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP odbyło się jego рукоположение в дьякона, czyli święcenia diakonatu. Muszę przyznać, że termin rosyjski bardzo mi się spodobał, ponieważ oddaje sposób, w jaki Sasza stał się diakonem – przez nałożenie rąk biskupa.

W seminarium są klerycy z całego Kazachstanu i nie tylko, więc tym bardziej cieszy fakt, że Aleksander stał się diakonem – pochodzi konkretnie właśnie z naszej diecezji, z Czarska.

w kuchni

Obawiałam się trochę tego, co miało przyjść później – obiadu na 40-45 osób. Nawet podczas sympozjum było mniej. Ściągnęłyśmy z Aniką na pomoc ludzi, którzy znają się na takich wydarzeniach, i mogli nam pomóc. Nasza s. Katia zgodziła się wziąć na siebie gotowanie – już dzień wcześniej trwało krojenie, smażenie, zapiekanie, gotowanie; tego dnia trudno było być kompletnie bez zajęcia, ponieważ w kuchni robota się znalazła dla każdego. W nocy s. Polina, Marina i Oksana przygotowywały dekoracje w kościele i na sali obiadowej. A w sobotę (w samą uroczystość) ostatecznie było pięcioro официантов, czyli kelnerów, a Tania kierowała naszym „ruchem” z tacami, posiłkami między salą a kuchnią. Tu właśnie okazał się przydatny trening zarówno z sympozjum, jak i z rekolekcji dla kapłanów.

Dzień minął, a ja się zastanawiałam, jak to w ogóle możliwe. Rano były roraty, po których parafianie byli zaproszeni na śniadanie – trzeba było wstać wcześniej, zrobić kanapki/herbatę. Potem zaraz do kuchni i już praca nad obiadem dla gości. A wieczorem jeszcze był koncert chóru z Astany. Bóg jest wielki, a ja malutka. Pomoc ludzi, zaplecze duchowe w tym dniu były szczególnie ważne.

katedrawnętrze katedry

Wieczorem przy herbacie miałyśmy z Aniką okazję porozmawiać z Saszą. Powiedział m.in. że nie czuje na razie zbyt wielkiej różnicy. A ja potem sobie pomyślałam, że to nawet dobrze, bo to potwierdziło, że od dawna jest zakochany w Bogu. Diakonat był jak zaręczyny z Oblubieńcem, wiele się wtedy nie zmienia w sercu, może być tylko lepiej, miłość może teraz już tylko rosnąć.

Jednocześnie zdałam sobie sprawę z tego, że te święcenia diakonatu były pierwszymi, na których byłam, bo nawet w Polsce tak wyszło, że nie uczestniczyłam w święceniach moich znajomych. A tu? Przepiękne przeżycie i do tego liturgia po rosyjsku. Jest takie wspaniałe określenie: служитель Церкви, można tak nazwać kapłana, jak i diakona; dosłownie oznacza to: sługa Kościoła. 8 grudnia stał się nim właśnie Sasza.

Przy katedrze odbyły się rekolekcje adwentowe (14-17.12), które prowadził ks. Anton Berger z Czarska, proboszcz dk. Aleksandra. Swoje konferencje skupił głównie na temacie, jakim jest wiara. Przy czym każdego dnia zwracał się do innej grupy: do małżeństw, do młodzieży itd. (Anika podczas spotkania z młodymi podzieliła się swoim doświadczeniem wiary, mówiąc świadectwo). A w trzecią niedzielę Adwentu ks. Anton poruszył kwestię spowiedzi.

szopkaprzygotowywanie gipsowych figurek do szopki

Z jednej strony ludzie tu nie są przyzwyczajeni do czegoś takiego jak rekolekcje parafialne. Może dlatego przychodziło ich mniej. Z drugiej strony istotnym czynnikiem jest temperatura. W Karagandzie zaczyna się zima na poważnie.

Nie do końca funkcjonuje ogrzewanie w górnym kościele. Dotąd nie było źle, w tygodniu Msza była w krypcie, w niedziele – w górnym kościele. Ale temperatura się mocno obniżyła. W sobotę 15.12 w zakrystii było -2, w kościele -7. Trudna decyzja, ale tak trzeba było, inaczej parafianie by pozamarzali: Msza niedzielna była na dole. Jest tam dużo cieplej, choć i tak warto siedzieć w kurtce. Na dworze? Może nie cały czas, ale wieczorami spada już do -40 stopni. Jeśli trzeba gdzieś iść, to zdecydowanie szybkim krokiem. Jednego dnia temperatura nieco podskoczyła, to wykorzystując okazję, skuliśmy lód z okien i drzwi.

Zamarza wszystko – tak woda w kościele, o której zapomnieliśmy, jak i okna w domu, i to od wewnątrz. Różnica temperatur jest dość duża, uszczelki nie spełniają do końca swojej roli. W dodatku, nieustannie, towarzyszą nam ciekawe przeżycia.

odsniezanieks. Czarek i bp Janusz

W nocy z 18 na 19.12 wysiadł prąd. I to nie na chwilę. Okazało się później, że awaria dotknęła prawie połowy miasta. Jak nas to dotknęło? W pierwszej kolejności: brak ogrzewania. W pokoju temperatura zdołała spaść u mnie do 8 stopni, to naprawdę nie najcieplej. Z łóżka rano ciężko było wstać. Dalej: nie ma światła. Msza poranna była jak roratnia – tylko przy świecach. Następnie: brak prądu spowodował zatrzymanie pompy, która tłoczy wodę na cały dom. Ciśnienie wzrosło i w najsłabszym miejscu puściła jedna z rur, więc w piwnicy mieliśmy maleńki potop. W domu kuchenki są tylko elektryczne. Chwała Panu za to, że nasze siostry eucharystki kupiły sobie kuchenkę gazową i rano przyniosły nam wrzątek, żebyśmy mogli ciepłą herbatę wypić. Obiad, oczywiście, odgrzewany był u nich w kuchni.

Powódź w piwnicy została dosyć szybko opanowana, a prąd wrócił między 14:00 a 15:00. Jednak pół dnia bez ogrzewania i oświetlenia uświadomił nam, jak bardzo człowiek stał się uzależniony od technologii.

saszadk. Sasza i s. Polina

Przed nami przygotowania do Wigilii i świąt Bożego Narodzenia. Od strony kuchennej jak zwykle będzie trochę roboty, zwłaszcza że czeka nas Wigilia Towarzystwa Polskiego, dla pracowników i nasza, domowników. Ojciec z kolei, będąc proboszczem, przeżywa zimno w kościele. Bo serce by chciało, żeby Pasterka i Eucharystia w święta była w górnym kościele. Ale rozum nakazuje przenieść wszystko na dół.

Ksiądz biskup walczył przez blisko dwa miesiące: z ogrzewaniem w domu, z Internetem (i jego brakiem), z telefonami. Koniec roku oznacza dla niego również rozliczenia, dlatego biskup ostatnimi czasy bardzo późno chodził spać. Tylko na kilka dni wyleciał do Polski w sprawach służbowych, ale już zdążył wrócić, co oznacza, że raczej nie odpoczął.

W tym liście chciałabym się z Wami podzielić jeszcze jedną rzeczą. Ostatnio pisałam Wam o ruchu ulicznym. Dziś chcę napisać o komunikacji miejskiej. Otóż, w Karagandzie jest tak, że w autobusie poza kierowcą jest jeszcze (przeważnie) jedna osoba, którą można nazwać sprzedawcą biletów. Tu nie ma automatów biletowych. Gdy wsiada się do autobusu, podchodzi do mnie ów człowiek, a ja mu wręczam 50 tenge (ok. 1-2zł, to stawka za osobę dorosłą; jest i ulga dla dzieci: 25 tenge), po prostu. I jadę dokąd chcę, jak długo chcę. Czasem dostanę bilet, czasem nie – wtedy pomagam zarobić tej osobie, ale nikt tu się o takie sprawy nie wykłóca. Niekiedy sam „sprzedawca” pyta, komu bilet potrzebny, a komu nie. I rzecz jasna, co autobus, to inny zestaw ludzi, kierowcy – i to już tak jak w Polsce – bywają baardzo różni. Są ci spokojni, a są i piraci drogowi; raz miałam taką sytuację, kiedy „sprzedawca” nawet wyskakiwał na przystanek i jeszcze szybko upychał ludzi do środka. Nie wiem, gdzie im się tak spieszyło. Co mnie najbardziej dziwi, to ich zdolność do zapamiętywania, kto jeszcze nie zapłacił – bez względu na tłok w autobusie.

domgłówne wejście do domu

Nietrudno chyba zauważyć, że wielu nowych doświadczeń się boję. Często powracają do mnie więc słowa ojca Blachnickiego: „Kto się boi, niech idzie do domu”. Czy boję się mniej? Ależ skąd. Mój spowiednik, ks. Piotr Pytlowany powiedział mi przy jednej okazji, że życzy mi wręcz, bym do ludzi podchodziła z pewnym strachem, żebym jak najczęściej psuła różne rzeczy, popełniała błędy. Nie, nie żartuję. Może nie umiem tego przekazać, ale wiem, o co mu chodziło. Bo sedno było takie: wtedy będę mniej ufała sobie, a więcej ufała Jemu, Bogu.

skrobanie

Tej ufności uczę się tu codziennie. Wiem też, że bez wsparcia finansowego wielu osób nie byłoby mnie tu. W tym liście pragnę gorąco i szczerze z serca podziękować moim rodzicom, ks. proboszczowi parafii p.w. św. Maurycego – Janowi Sucheckiemu, p. Banaszakom, p. Karwasińskim, Grażynce Miąsik, Moderatorowi Diecezjalnemu – ks. Grzegorzowi Michalskiemu i kapłanom, których on poprosił o wsparcie finansowe dla mnie. Dziękuję też IV Rejonowi DK, Diecezjalnej Diakonii Ewangelizacji, oazowiczom, którzy podczas jednego z DW złożyli się na tacę na dzieła misyjne naszego Ruchu w diecezji. Część z tej tacy była przeznaczona na mój wyjazd. Dziękuję też wszystkim pozostałym sponsorom; jeśli kogoś pominęłam, to nie ze złośliwości, więc proszę o wybaczenie.

Kochani, za trud duchowy w mojej intencji, wkład finansowy każdego z Was – DZIĘKUJĘ! Pozdrawiam Was również serdecznie, życząc jednocześnie na czas świąt i nowego roku wielu łask Bożych, wytrwałości w szarej codzienności, nie poddawania się wobec trudności, zawierzenia się całkowitego Bożej Dziecinie. Mały Jezus wkrótce przyjdzie do nas, choć malutki, jest Królem Wszechświata. Wobec takiego wsparcia z Góry nie trzeba się niczego bać – czego i Wam, i sobie życzę.

z Bogiem

Agnieszka Wałkiewicz

  •  
  •  
  •  

Może Ci się również spodoba