„Dziś żyję nowym życiem!”

Świadectwo z rekolekcji ewangelizacyjnych „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście”
25.06-2.07.2016 r.

Krzeszów, miejsce przepiękne…

Piękny, zadbany ogród, duże boisko dla dzieciaków, ładna okolica i wspaniale górująca Bazylika. Jednak nasza droga, żeby znaleźć się tam, okazała się bardzo wyboista. Najpierw dręcząca myśl i okropny lęk, jak powiem o swoim pragnieniu odbycia wspólnych rekolekcji swojemu „niewierzącemu” mężowi. Nasza rozmowa nie była łatwa, w zasadzie to całkiem unikałam tematu wyjazdu. Jednak od dłuższego czasu modliłam się o przemianę dla męża, a także podczas jednej z modlitw wstawienniczych prowadzonych przez wspólnotę Mamre prosiłam wspólnie ze wstawiennikami samego Jezusa, by dane było nam jako rodzinie odbyć wspólne rekolekcje. I stało się, mieliśmy pojechać do Krzeszowa na rekolekcje ewangelizacyjne Domowego Kościoła.

W tygodniu poprzedzającym wyjazd zachorowała dwójka naszych dzieci i ja na „wirusa brzusznego”. Jak to przy takich chorobach – noce bywają ciężkie. Na domiar złego trafiłam do szpitala, gdyż pojawiły się u mnie oznaki poronienia (byłam w 10 t.c.). W szpitalu dowiedziałam się, że ciąża od jakiegoś czasu nie rozwija się. Nie chciałam zostawać w szpitalu na wywoływaniu poronienia. Dwa dni później, siedząc w długiej kolejce ciężarnych kobiet czekających na Izbie Przyjęć, urodziłam szczątki swojego dziecka. Było piątkowe popołudnie, następnego dnia mieliśmy rano wyjeżdżać, w domu snujące się jak cienie dzieci, okropny bałagan i mąż ledwo dychający, bo właśnie teraz dopadł go wirus. Po powrocie ze szpitala usiadłam przed mężem w kuchni i zapytałam go: czy jedziemy? Usłyszałam, jak dla mnie, przepiękne słowa: „Ja się już nastawiłem”. Jakimś cudem 🙂 udało mi się spakować nas (zapomnieliśmy jedynie kurtek przeciwdeszczowych). Następnego dnia rano mąż oświadczył, leżąc półżywy na łóżku, że chyba nie da rady prowadzić samochodu i może odłożymy wyjazd na jutro. Jednak ruszyliśmy. Przed nami było ponad 400 km, klimatyzacja nie działała, a na dworze ponad 30 stopni. Nie wiem, jak dzieci przetrwały tę drogę, bo siedziały czerwone jak buraki i tylko czasem wołały pić, bez marudzenia, awantur, krzyku…

Dotarliśmy spóźnieni i  chyba wyglądaliśmy kiepsko, jak później stwierdzili nasi animatorzy. Pierwsze spotkanie w salce, wszyscy się przedstawiali i o dziwo jak przyszła kolej na nas, mąż odezwał się pierwszy i nawet kilk słów powiedział. Początkowo myślałam, że to miejsce kompletnie nie dla nas, większość ludzi od wielu lat żyjący w Domowym Kościele, bardzo wierzący… Nasz kapłan kazania głosił tak długie i chaotyczne, że wydawały mi się nie do przejścia. I dopiero po rozmowie z nim, spowiedzi doznałam Effata, tzn. otworzyłam się. Przyszłam na spowiedź ze standardową listą swoich grzechów, a tu kilka pytań i mocne słowa spowiednika… nareszcie Boże usłyszałam znowu Twój głos.

Nie żałuję niczego. Nie mam cienia żalu do Boga, że cała ta nasza droga, by tam się znaleźć, była taka. To, co tam przeżyłam, usłyszałam, doznałam, nie jestem w stanie opisać tak wprost słowami. Bo ciężko zrozumieć, co może poczuć żona, widząc czekającego przed kaplicą z Pismem Świętym w dłoniach, z odnalezionym fragmentem do rozważań swojego „niewierzącego” męża.

To było odkrywanie swojego męża na nowo, otworzenie oczu, że on jest mi dany przez Boga i mam się dać Mu prowadzić. Tak. Ten człowiek, któremu tak ciężko jest uwierzyć w istnienie Boga, on mi głosi słowo Boże 🙂 Bo gdybym nie usłuchała, jak Bóg przemawia przez jego usta do mnie wtedy w kuchni, tylko zamknęła się w sobie w swoim bólu, nie stałabym się nowym człowiekiem w Chrystusie.

Na drzwiach od naszego rekolekcyjnego pokoju wisiała kartka z fragmentem Psalmu 34:

„Pan jest blisko skruszonych w sercu
I wybawia złamanych na duchu…”

Pierwszy wers dla męża, tak myślę. Bo w przepięknym świadectwie, które wypowiedział na koniec rekolekcji (ten, który myślałam, że przez cały czas rekolekcji się nie odezwie i miał chodzić swoimi drogami) powiedział, że wraca jako niewierzący, ale chce żyć nowym życiem. Mąż był dla mnie i nie tylko dla mnie, jak mówili mu później inni uczestnicy, przez cały ten czas przykładem człowieka żyjącego miłością do drugiego człowieka. A przecież Bóg to miłość…

Drugi wers dla mnie 🙂 Zostałam wybawiona. Zdjęłam z siebie ciężar kroczenia przez życia samej. Teraz staram się każdą sprawę oddawać Duchowi Świętemu. Mówię po prostu: „Ty się tym zajmij, proszę, bo ja nie wiem jak”. I uwierzycie lub nie, ale to działa. Nawet w zwykłej kolejce do lekarza, kiedy człowiek się śpieszy, bo musi odebrać zaraz dzieci, a tu jeszcze tyle osób przed nim.

I mogłabym pisać i pisać, o tym jak Duch Święty prowadzi, gdy tylko człowiek odda się całkowicie Bogu. I niemożliwe staje się możliwe….

Wiem, że przez cały ten straszny czas, który przeżywaliśmy przed wyjazdem, byliśmy otoczeni modlitwą wielu osób, w tym  naszych animatorów. Dziękuję im za to, dziękuję też za tyle wydawałoby się tak zwykłych słów, gestów, które od nich i innych uczestników otrzymałam. Jak pozwoli się Bogu przemawiać, zwykłe rzeczy wydają się inne, lepsze. Dziękuję też swojej całej rodzinie, bo wiem również, że bardzo się za nas modlili. Jeśli ktoś jeszcze się za nas modlił, to niech wie, że tylko dzięki temu przeżyliśmy. Bo jak wracają czasem wspomnienia, to dziwię się, że byliśmy w stanie taką drogę przejść. I wiem, że nie było lepszego miejsca, w którym mogłabym się znaleźć właśnie wtedy. Słowa nie oddadzą tego, co jest w człowieku. Wiem, że Bóg przygotowywał mnie do tego, prosiłam Go o te rekolekcje, a On mnie poprowadził i odmienił serce mego męża i moje. Dziś żyję nowym życiem z nowym człowiekiem…

Agnieszka

  •  
  •  
  •  

Może Ci się również spodoba