Konieczność stawiania pytań

„Jeśli my w Kościele nie będziemy zadawać pytań o jasne kryteria tego, w co wierzymy, to apostołowie tego chaosu, apostołowie kłamstwa, apostołowie manipulacji nas po prostu rozbiorą na czynniki pierwsze.”

Chociaż ten tekst został napisany mniej więcej pół roku temu i wiele się w tym czasie wydarzyło, to jednak nie zdezaktualizował się, a może nawet niektóre wątki teraz nabrały głębszego znaczenia?

diecezjalna diakonia komunikowania społecznego 


 

NIHIL NOVI…

Walka z Kościołem toczy się na różne sposoby od wieków i będzie trwała aż do końca, więc nie ma się co dziwić ani zbytnio tym ekscytować. Może dzisiaj odbywa się wszystko w sposób bardziej zakamuflowany czy przemyślany niż dawniej, ale różnie już w historii Kościoła bywało.

Bardzo trudno niekiedy wytłumaczyć czy obronić pewne wypowiedzi czy nawet konkretne czyny różnych ważnych osób w Kościele. Sami hierarchowie dość mocno spierają się ze sobą w wielu naprawdę istotnych kwestiach. Biorąc pod uwagę niektóre wypowiedzi takich duchownych, jak chociażby kardynał Reinhard Marx z Monachium,  czy historię byłego już ks. Krzysztofa Charamsy (który po swoim głośnym coming outcie w 2017 r. w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” najostrzej krytykował Kościół za tendencje do… trzymania się Pisma Świętego i apelował, że „By zmienić Kościół, trzeba zmienić doktrynę”)  wypada przynajmniej się zastanowić, czy wszyscy hierarchowie rzeczywiście służą Chrystusowi i Kościołowi.

Takie sytuacje są szczególnie trudne dla wiernych, którzy są zwyczajnie zdezorientowani.

Niedawno przygotowywałam się do pierwszego kolokwium z historii Kościoła. Już we wstępie polecanego przez wykładowcę podręcznika szczególnie zwróciło moją uwagę takie zdanie: „ani Pan Bóg, ani ustanowiony przezeń Kościół nie potrzebują naszych kłamstw, i najlepiej Im się służy przez prawdę”. (ks. dr Józef Umiński. Historia Kościoła. Opole 1959 t. I, s. 1)

Jeżeli Kościół nie znajdzie w sobie dosyć determinacji, żeby z tą, nie zawsze wygodną, prawdą się zmierzyć, to obawiam się, że nadal będziemy mieli do czynienia z taką paradoksalną sytuacją, że do podjęcia konkretnych działań będziemy zmuszani przez osoby, które Kościołowi raczej życzliwe nie są, jak chociażby p. Sekielski. 

MUSIMY BYĆ CZUJNI

W ubiegłym roku pod koniec listopada we Wrocławiu odbyło się 35. Ogólnopolskie Forum Młodych. „Na krawędzi – jak pogodzić różnorodności w Kościele?” Podczas jednego z paneli („Jakim papieżem jest Franciszek?”) obecny na sali ks. prof. Kazimierz Papciak (z naszego PWT) powiedział: „Najgorszą postawą wobec Kościoła jest brak krytycznego spojrzenia. (…) próbuje nam się wmówić, że nowym porządkiem świata jest chaos, siłą Internetu jest chaos. Jeśli my w Kościele nie będziemy zadawać pytań o jasne kryteria tego, w co wierzymy, to apostołowie tego chaosu, apostołowie kłamstwa, apostołowie manipulacji nas po prostu rozbiorą na czynniki pierwsze. I dlatego musimy być czujni.”

Ks. Papciak powiedział wtedy również inną bardzo ważną rzecz, gdy doszło w pewnym momencie do dość gwałtownej dyskusji między obecnymi tam prelegentami: „Tu wyszły dwa różne (z punktu widzenia naukowego, metodologicznego) tryby rozpatrywania problemu: jeden tryb polityczny, czyli roztropna troska o dobro Kościoła, i drugi, dotyczący duchowości i naszej wiary, i działania Ducha Świętego. I mieszanie tych wątków z punktu widzenia naukowego jest niedozwolone, i dlatego doszło do spięcia.” (ok. 1 godz. 25 min. nagrania). Tym wyjaśnieniem niemal od razu rozładował bardzo ciężką atmosferę, która chwilowo tam zapanowała.

Wydaje mi się, że my również często te dwa wątki, o których on mówił, mieszamy, i stąd tyle emocji.

NAZYWANIE RZECZY PO IMIENIU

Powodem zgorszenia mogą być naprawdę bardzo różne sprawy. Czasem gorszące może być też milczenie wtedy, gdy powinno się zabrać głos, o czym mówi również ks. Blachnicki chociażby w przedmowie do książki „Prawda, Krzyż, Wyzwolenie”, gdy pisze, że „jest to zbiór artykułów, rozważań, referatów, przemówień i deklaracji, które powstały w latach 1979 – 1984 w różnych sytuacjach, skierowanych do konkretnych ludzi i środowisk, jako reakcja na aktualne wydarzenia i próba zajęcia stanowiska i naświetlenia, dania odpowiedzi w chwilach domagających się tego (…).

„Z pewnością zawarte w tym zbiorze wypowiedzi, zostaną przez wielu zakwalifikowane jako „wysoce upolitycznione” i jako wyraz politycznego zaangażowania autora, „polityka w sutannie”. Słowa „polityka”, „polityczne zaangażowanie” nie mają same w sobie wydźwięku pejoratywnego. Działalność polityczna jako zaangażowanie się na rzecz dobra wspólnego nie jest dla chrześcijan czymś zakazanym, przeciwnie, jest prawem i często obowiązkiem. Naturalnie powstaje pytanie, czy osoba duchowna może zajmować się polityką. Na pewno nie wprost i bezpośrednio. Ale Kościół i reprezentujący go ludzie – duchowni czy świeccy – mają prawo i obowiązek oceny rzeczywistości i wydarzeń politycznych w świetle zasad wiary i związanych z nimi norm etycznych. W tym sensie istnieje – nie tyle „teologia polityczna” (czy „upolityczniona”) – ale teologia polityki, czyli teologiczne naświetlenie wydarzeń politycznych, poddanie ich pod osąd prawd i wartości ostatecznych. Czyniąc to, Kościół i jego członkowie wykonują swoje działanie profetyczne. Można by jednak dyskutować, czy nazywanie rzeczy po imieniu, wskazywanie na konkretne osoby czy instytucje nie stanowi już przekraczanie tej granicy pomiędzy sferą polityki a działalnością religijno-moralną, względnie profetyczną?

Czy wobec tego trzeba zawsze posługiwać się „mową dyplomatyczną” (a więc czy nie właśnie polityczną?) mówiąc o „siłach”, „systemach”, „postawach” bez wymieniania konkretnych osób czy instytucji, zakładając, że i tak wszyscy wiedzą, o kogo i o co chodzi?

Można by znaleźć dostateczną ilość przykładów w Biblii i historii Kościoła, aż po dzień dzisiejszy, potwierdzających, że było i jest inaczej. Chrystus nie tylko upominał „władców tego świata”, ale posyła faryzeuszów do Heroda: „Idźcie i powiedźcie temu lisowi” (Łk 13,32). A od Jana Chrzciciela aż po ks. Jerzego Popiełuszkę płacili ceną życia ci, którzy „w oczy” upominali wielkich tego świata. Wszystkim Współbraciom – Polakom walczącym w obronie tych samych wartości w Kraju i na Emigracji dedykuję wszystkie te słowa zawarte w tym zbiorze w nadziei, że dopomogą im one do pogłębienia motywacji tej walki i umocnienia nadziei na ostateczne zwycięstwo Prawdy i Miłości w naszej Ojczyźnie”. (ks. Franciszek Blachnicki. Prawda krzyż wyzwolenie. Carlsberg 1985 s. 1-2)

ZMYSŁ WIARY

W Kościele jedną z pięciu instancji, które poświadczają o wierze (obok Pisma Świętego, Tradycji, Urzędu Nauczycielskiego Kościoła i teologii) jest również tzw. zmysł wiary czyli sensus fidei.

Jest to rodzaj charyzmatu rozeznawania, czy coś jest prawdą. Nie jest on tym samym, co wykształcenie czy wiedza teologiczna, dlatego jest możliwy u każdego chrześcijanina (duchownego i świeckiego) i jednocześnie taki sam u wszystkich, bo jego źródłem jest ten sam Duch Święty. Jako dzieło Ducha Świętego jest również podstawą nieomylności Kościoła, a jego oznakami są głęboka religijność i pobożność życia osób, u których się przejawia. O tym zmyśle wiary możemy przeczytać także w 12 punkcie Konstytucji dogmatycznej o Kościele „Lumen Gentium”. Ważne jest więc, aby hierarchowie również wsłuchiwali się w głos Ludu Bożego.

Niedawno (2 maja) obchodziliśmy wspomnienie św. Atanazego Wielkiego, który wypowiedział m.in. takie mocne zdanie: „Jeżeli świat jest przeciw Prawdzie, ja jestem przeciw światu.”

Żył on bowiem w czasach, gdy Kościół musiał się zmierzyć z herezją ariańską, której uległo wielu wysokich dostojników zarówno państwowych, jak i kościelnych. To właśnie ten „zmysł wiary” sprawił, że prości ludzie i nieliczni biskupi, w tym właśnie św. Atanazy, wytrwali przy ortodoksji, często płacąc za to wysoką cenę.

W czasach współczesnych niestety ten „zmysł wiary” jest często mylony z bardzo niebezpiecznym zjawiskiem tzw. „socjalizmu religijnego”, który jako decydujące kryterium prawdy uznaje przekonanie większości. Prawda jednak nie jest czymś, co możemy stworzyć albo wypracować.  Ona jest nam dana, a my ją odkrywamy i poznajemy, abyśmy mogli stać się rzeczywiście wolni. Sam Pan Jezus powiedział: «Jeżeli będziecie trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli». (J 8,31b-32)

ZŁO DOBREM ZWYCIEŻAJ

Jedność (rozumiana szerzej, w tym również w Kościele) nie oznacza zgadzania się i identyfikowania z każdą wypowiedzią czy każdym działaniem osoby, z którą jedność mam zachować. Nie mam doświadczenia, jak to jest w kapłaństwie czy wśród osób konsekrowanych, ale żyjąc od prawie 30 lat w małżeństwie, wiem, że jedność małżonków nie wyklucza czasem nawet ostrej wymiany zdań, a paradoksalnie, im bardziej komuś na kimś zależy, tym emocje z tym związane potrafią być większe. Nie chodzi więc o to, by milczeć.

„To, co może wydawać się z wierzchu zwykłą pyskówką, jest bardzo starym zwyczajem zakonnym. Przełożony ma prawo wymagać spełnienia polecenia, ale jednocześnie ma obowiązek wysłuchania, co myśli o tym podwładny. Podwładny ma prawo powiedzenia, co myśli, ale ma obowiązek wykonania tego, co mu szef nakazuje. W praktyce wielu nie stosuje się do tej zasady, bo albo boimy się mówić szczerze, albo nie umiemy przyjmować krytyki, albo nie potrafimy rozróżnić między posłuszeństwem a różnością opinii. Zasada posłuszeństwa i szczerości wynika przede wszystkim z prawa naturalnego i godności osoby. Musi ktoś rządzić i musi ktoś słuchać, bo inaczej byłby bajzel, ale musi ktoś też krytykować czy oceniać każdą władzę, bo inaczej może ona stać się tyranią”.  (ks. Wojciech Węgrzyniak „Między posłuszeństwem, a zrozumieniem”)

ROZUM – PRAWDA – MIŁOŚĆ

Nowoczesne mass-media sprawiają, że bardzo szerokim strumieniem wlewają się do naszych umysłów różne informacje, dość często budzące silne emocje, wywołujące pragnienie jakiejś reakcji. A Internet jest dla nas taką naturalną starożytną „Agorą”, czy nowożytnym „Hyde Parkiem”. Z tą różnicą, że dostęp do odbiorców jest praktycznie nielimitowany.

Jako osoby, które chcą szczerze służyć Bogu, nie możemy jednak dawać sobie prawa do bezmyślnego wyrażania nieprzemyślanych, emocjonalnych własnych opinii, ale powinniśmy korzystać ze światła rozumu.

Warto też przed polubieniem czegoś albo udostępnieniem jakichś materiałów sprawdzić wcześniej ich rzetelność w wiarygodnym źródle, bo kłamstwo burzy, a prawda – wyzwala.

Nade wszystko jednak warto pamiętać, że zabierając głos w bezosobowej przestrzeni medialnej jednak zwracamy się do jej użytkownika – naszego bliźniego. Jeden z lepszych przepisów dotyczących aktywności w Internecie opublikował już dawno św. Paweł w Kol 3, 12-14: „Jako więc wybrańcy Boży – święci i umiłowani – obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy! Na to zaś wszystko [przyobleczcie] miłość, która jest więzią doskonałości.”

STUDIUM PRZYPADKU

Nie jest to wszystko jednak takie proste. Szczerze mówiąc, sama myślałam, ba, nawet byłam pewna, że kto jak kto, ale ja już od dawna staram się zastanawiać, czy to, co napiszę, udostępnię, a nawet polubię, nie jest jakimś antyświadectwem. I chociaż moje intencje naprawdę były w tym względzie szczere, okazało się, że jednak to trochę za mało.

Moje dobre samopoczucie w tym względzie niedawno zostało zweryfikowane, gdy na swoim profilu na FB zamieściłam pewnego mema. Było tam zdanie, które mi się podobało i z którym się jakoś identyfikowałam. Do głowy mi nie przyszło, że może ono być odebrane jako coś przeciwko komuś. Był to raczej pewnego rodzaju wyraz mojej bezsilności w pewnej kwestii. Niedługo po tym odezwała się do mnie prywatnie osoba z Ruchu, która najpierw upewniła się, czy dobrze zrozumiała treść tego przesłania, a kiedy potwierdziłam, ona podzieliła się ze mną, że jest jej przykro, bo poczuła się tym zdaniem osobiście dotknięta (przy okazji wytłumaczyła mi, dlaczego). To, co napisała, dało mi zupełnie inne spojrzenie na tego mema, więc postanowiłam go po prostu usunąć, żeby niepotrzebnie nie sprawiać jej przykrości.

Przy okazji wywiązała się między nami wymiana zdań i myśli, która była bardzo cenna, bo pozwoliła lepiej się zrozumieć. To było w sumie bardzo budujące doświadczenie, bo zamiast przykrości i żalu, wzrósł wzajemny szacunek, a owocem tego była autentyczna radość. Jestem tej osobie niezmiernie wdzięczna, przede wszystkim za odwagę i szczerość. Można powiedzieć, że upomniała mnie „w cztery oczy” i „pozyskała brata” (por. Mt 18,15), a właściwie w tym przypadku siostrę. Dzięki temu doświadczeniu usunęłam nawet jeszcze kilka innych rzeczy ze swojego profilu, które zweryfikowałam pod tym kątem i nie jest wykluczone, że będę musiała jeszcze kiedyś zabrać się za to bardziej szczegółowo. Zdaję sobie sprawę, że to wymagać będzie trochę więcej czasu, ale jestem przekonana, że warto, a nawet trzeba.

Agnieszka Kowal

(Diakonia Komunikowania Społecznego)

Zobacz też:

1) W Niemczech zetknąłem się z przypadkiem księdza, który ani razu w życiu się nie spowiadał

2) Ks. Wojciech Węgrzyniak „Posłuszeństwo i rozum”

„Czasy trudne prowadzą do konfliktów, do sporów w rodzinach i w społeczeństwie, do napięć także w Kościele. Jednak w takich momentach oprócz jedności działania, miłość drugiego wyraża się również w zrozumieniu jego niezrozumienia, inności poglądów a nawet zachowań.”

3) Ostatnie kazanie ks. Jerzego Popiełuszki (właściwie rozważania tajemnic bolesnych Różańca Świętego, który prowadził on dla robotników i członków Ruchu Światło-Życie (Domowego Kościoła) w Bydgoszczy 19 października 1984 r. na kilka godzin przed uprowadzeniem):

tekst spisany

nagranie kazania (nie ma tam jednak tej wprowadzającej do rozważań modlitwy: Maryjo, Matko polskiej ziemi, Nadziejo Nasza, Bolesna Królowo Polski. W naszej dzisiejszej modlitwie różańcowej stajemy przed Tobą my, ludzie pracy oraz oaza Domowego Kościoła. Chcemy trwać przy Twoim Synu w godzinach Jego agonii, spojrzeć na Jego sponiewierane oblicze, chcemy wziąć swój krzyż, krzyż naszej codziennej pracy, naszych znojów, naszych problemów i pójść drogą Chrystusa na Kalwarię. Nas, których dręczą rany i bóle fizyczne, wspieraj Maryjo. Nas, których tak często spotyka niepokój, rozterka i załamanie, podtrzymaj na duchu, Maryjo. Nam, którzy jesteśmy upokorzeni, pozbawieni nieraz praw i godności ludzkiej, użycz męstwa i wytrwałości. Nam, którzy dokładamy wszelkich starań, aby odnowić oblicze tej ziemi, naszej polskiej ziemi, w duchu Ewangelii, okaż swą matczyną opiekę, Maryjo. Nam, którzy w trudzie i znoju walczymy o Prawdę, Sprawiedliwość, Miłość, Pokój i Wolność w Ojczyźnie naszej, podaj pomocną dłoń.)

4) Odpowiedź 25 polskich Dominikanów na „Apel zwykłych księży”

  •  
  •  
  •  

Może Ci się również spodoba