List z Kazachstanu… o pobycie w Polsce

Dawanie jest owocem przyjmowania. Muszę zaczerpnąć, żeby mieć, czym się dzielić; i to, o czym oazowicze chyba dobrze wiedzą – czego zaczerpnę, co mam w sobie, to przekażę dalej, tym się będę dzielić.

Spędziłam w domu raptem dwa tygodnie, ale i tak dużo się wydarzyło. Zdążyłam spotkać się z niektórymi, dużą część z Was miałam także okazję zobaczyć podczas rekolekcji dla ruchów i stowarzyszeń, które odbyły się w parafii p.w. św. M.M. Kolbego. I jeszcze Dzień Wspólnoty… To była dla mnie wielka radość, dopiero Wasze roześmiane twarze uświadomiły mi, jak bardzo za Wami tęskniłam.

            Długi czas towarzyszyła mi myśl, że z jakiegoś powodu nie dostanę kolejnej wizy. Zastanawiałam się, co dalej, jeśli będzie trzeba zostać w Polsce. Dzięki rekolekcjom w „Maksie” znalazłam odpowiedź; już wiedziałam, że będę mogła przygotować się na spokojnie do Kongresu Ewangelizacyjnego w czerwcu, że pomogę, że włączę się w to dzieło całym sercem.

Ale Bóg miał inny plan, bo wizę dostałam.          

Chciałabym Wam tyle napisać, m.in. o tym, ile nerwów wiązało się z wyrobieniem kolejnej wizy; jak docierały do mnie i Aniki coraz to nowsze informacje od znajomych, którzy przyjechali z nami – że nie od razu załatwili to, na co liczyli; później jeszcze błąd przy wyrobieniu wizy Aniki, której zamiast na pół roku wyrobili wizę na jeden dzień!

Oczywiście, Szef czuwaJ W Karagandzie ponownie znalazłyśmy się i my we dwie, jak i nasi znajomi. A nerwy? To tylko mała próba, na ile Mu ufamy, na ile chcemy rzeczywiście pełnić Jego wolę, a nie swoją.

            Zanim wyjechałam do domu, zaczęły mnie nachodzić spore wątpliwości – czy w ogóle wracać, co ja właściwie tu takiego robię, czy na pewno jestem potrzebna, gdzie jest w tym wszystkim „moje miejsce”… Ks. Piotr, mój spowiednik powiedział mi wtedy, że oczywiście, decyzja należy do mnie, ale on osobiście uważa, że powinnam wrócić, by zakończyć to, co zaczęłam.

            Ksiądz zabił mi niezłego ćwieka. Przez cały pobyt w Polsce zastanawiałam się nad tym, co miał na myśli.

            Przypuszczam, że niektórzy chcieliby tu czytać głównie o sukcesach, wielkich dziełach ewangelizacyjnych, mojej aktywności, zarażaniu innych pasją i miłością do Chrystusa. A tymczasem sama w sobie odkrywam tu kolejne słabości, wolontariat misyjny otworzył mi oczy na to, jak mała jestem, jak sama z siebie nie mogę absolutnie nic.

            Za bardzo byłam skupiona na tym, że „trzeba” dawać. Ta myśl wcale nie napawała mnie radością, bo wszelka służba kojarzyła mi się z obowiązkiem – przykrym, niestety. Wszędzie tylko słyszałam: czas formacji masz za sobą, teraz przyszedł czas diakonii. „Trzeba…”, „powinnam…”, a brakowało zwykłego „chcę”.

            A teraz? Wróciłam, znów jestem w Kazachstanie, wkrótce napiszę Wam więcej o tym, co tu się dzieje. Wróciłam, bo chciałam! I po kolejnej spowiedzi usłyszałam takie słowa: „Wreszcie zaczyna do ciebie docierać kapitalna prawda: nieważne, ile dasz, nie skupiaj się na tym, że masz dawać; ważne jest, żebyś przyjmowała i dziękowała”. I jeśli dobrze pamiętam, to ks. Piotr wprost wręcz powiedział, że nieważne, że w ogóle daję, a ważne, bym przyjmowała.

W pierwszej chwili jego słowa wydały mi się bardzo okrutne, ale teraz chyba rozumiem: dawanie jest owocem przyjmowania. Muszę zaczerpnąć, żeby mieć, czym się dzielić; i to, o czym oazowicze chyba dobrze wiedzą – czego zaczerpnę, co mam w sobie, to przekażę dalej, tym się będę dzielić.

            I nagle dotarło do mnie, czemu tak wspaniale przeżyłam rekolekcje we Wrocławiu, czemu napełniłam się radością, czemu prawdziwie weszłam w przeżywanie Drogi Krzyżowej właśnie podczas tego wydarzenia. Nic nie musiałam, nikt mi nie powiedział, że coś powinnam lub że coś trzeba. Jeśli włączyłam się w jakąś pomoc, to dlatego, że naprawdę chciałam. Na tamtych rekolekcjach „przyjmowałam”.

            Przyjmowanie nie zawsze będzie łatwe, przyjemne. Wspomniałam, że ks. Piotr zadał mi ćwieka – wciąż nie rozwiązałam tej zagadki. Ale będę szukać odpowiedzi: co takiego zaczęłam w Kazachstanie, co powinnam dokończyć.

            Napisałam Wam głównie o rekolekcjach, ale czas w Polsce spędziłam również na przystosowywaniu się do innej strefy czasowej, byciu w domu z najbliższymi, ale i spotkaniach ze znajomymi. Usłyszałam ważną rzecz: jak wrócisz, będzie na ciebie czekać miejsce – my będziemy na ciebie czekać!

            Za spotkanie z Wami, niezliczone zapewnienia o modlitwie, dobre słowo, każdy uśmiech i przytulenie – czasem na przywitanie, które jednak było od razu i pożegnaniem – z serca Wam dziękuję!

            Wizę mam ważną do 18 września, wtedy mniej więcej zatem ponownie Was zobaczę. Tymczasem więc pozdrawiam – z Bogiem!

Agnieszka Wałkiewicz

  •  
  •  
  •  

Może Ci się również spodoba