Objawiła mu się Miłość

To wydarzenie sprzed 78 lat nadało sens i kierunek całemu jego życiu. Wszystko, co było przed nim, prowadziło do niego, przygotowywało go, a wszystko, co nastąpiło po nim, było konsekwencją, trwaniem i rozwinięciem tego, co w tamtym momencie się dokonało.

78 lat temu wydarzyło się coś, co zdeterminowało potem całe życie naszego Założyciela. Można chyba nawet zaryzykować stwierdzenie, że właśnie to doświadczenie Żywego Boga jest również źródłem istnienia Ruchu Światło-Życie. Bez niego bowiem wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej i Franciszek Blachnicki nie zostałby ks. Franciszkiem Blachnickim.

Więcej przeczytajmy w bardzo dobrym  tekście  opublikowanym wczoraj przez Instytut Niepokalanej Matki Kościoła

Wsłuchajmy się również, jak o tym opowiada p. Dorota Seweryn, która z ust Ojca niejeden raz słyszała te wspomnienia.

Tylko światło

Po tej nieudanej próbie ucieczki Franciszka ogarnęła ogromna ciemność duszy. Jak sam później o tym mówił, to była taka noc, taka ciemność, że przez nią żaden promyczek światełka się nie przedostawał. Zastanawiał się nad sensem życia. Po co to wszystko? Po co człowiek w ogóle żyje, kiedy śmierć wszystko kończy? Przecież nic nie zrobił, a miał takie wielkie plany. Chciał się wykształcić, przygotować do życia, żeby służyć ludziom, a niczego nie osiągnął. Miał tyle wspaniałych planów względem Ojczyzny…, chciał jej bronić… A teraz tylko śmierć. Tylko śmierć. I ta ciemność…

Skąd się ona wzięła? Przecież naprawdę był wspaniałym człowiekiem: dobrym, pilnym, mądrym, szlachetnym, pracowitym. A jednak pogubił się w swoim młodym życiu. Mając zaledwie szesnaście lat, utracił wiarę. Uważał, że jeśli tylko będzie chciał, to wszystko może osiągnąć. O Panu Bogu nie myślał, nie potrzebował Go do swoich planów, bo sam był sobie „sterem, żeglarzem, okrętem”. Myślał, że sam sobie wystarczy. Chociaż zawsze było w nim pragnienie poznania prawdy, również prawdy o człowieku, to jednak w swoim młodym, zapracowanym życiu nie znalazł na to czasu. Zawsze był bardzo zajęty i aktywny. A potem wybuchła wojna. Dlatego nie odkrył tej podstawowej Prawdy. Teraz, kiedy czekał na wykonanie wyroku, zobaczył, że wszystko jest bez sensu. Po co te wysiłki, po co te pragnienia, po co te wspaniałe myśli? Po co to wszystko, kiedy śmierć wszystko kończy? Dlatego tak czarno było w duszy Franciszka, dlatego tak ciężko, że nic nie osiągnąwszy, niedługo straci życie. I w tej strasznej ciemności nie mógł nawet przypuszczać, że wkrótce dotknie go największa łaska Boża.

W więzieniu, w którym przebywał, niekiedy z miłosierdzia ktoś podrzucał skazańcom jakieś książki, żeby mogli „zabić czas”, czekając na wykonanie wyroku. Franciszek każdą taką lekturę znał niemal na pamięć, bo wymieniano je rzadko. Pewnego dnia trafiła w jego ręce książka zatytułowana „Kazanie na górze”. Zaczął ją czytać tak, jak każdą inną. Wspominał potem: „Było to 17 czerwca 1942 r. Siedziałem w celi na jakimś zydelku i czytałem. Wtem, przez jedno zdanie w tej książce, wtargnęło do mojej duszy światło. Takie światło, które rozproszyło tę całą ciemną noc. Jakby ktoś nagle w celi przekręcił kontakt. Cała ciemność zniknęła, nie pozostało już nic z tej nocy. Było tylko światło”. Ogarnęło go takie szczęście, że nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Jak opowiadał później: „Biegałem po celi od ściany do ściany i całym sobą krzyczałem: Wierzę! Wierzę! Wierzę!”.

Do pełni życia

Nie możemy sobie tego wyobrazić, ale Bóg tak właśnie działa, że w jednej sekundzie daje poznać tyle prawd, jakby człowiek przeczytał nie wiadomo ile uczonych tomów. A pewnie czytając je, i tak by nie był w stanie tego wszystkiego pojąć. A Pan Bóg potrafi tak zadziałać swoją łaską, że wszystko w jednym momencie staje się jasne. Franciszek właśnie takim światłem nagle został napełniony i w jednej chwili wszystko stało się dla niego oczywiste. Doświadczył tego, że jest Bóg; Bóg, który jest miłością, który jest jego Ojcem. On kocha człowieka bezinteresownie dla niego samego. Powołuje każdego do życia z miłości i obdarza duszą nieśmiertelną. Śmierć niczego nie kończy, bo Bóg przeznaczył nas do życia wiecznego.

Chociaż zewnętrznie na razie nic się nie zmieniło i Franciszek zakuty w kajdanki dalej czekał na wykonanie wyroku śmierci, to jednak jego serce przepełniało szczęście i wdzięczność dla Pana Boga, bo był pewien życia wiecznego. Mówił sobie: „Ta śmierć jest potrzebna. Ta śmierć jest potrzebna, żebym przeszedł do pełni życia. I wszystko, co do tej pory czyniłem, ma sens, tylko że ja przypisywałem to sobie. A przecież niczego nie miałem z siebie. Bo żaden człowiek niczego nie ma, czego by nie otrzymał od Boga. I ja wszystko otrzymałem od Boga, który jest miłością. On dał mi te zdolności, pragnienia, te wszystkie szlachetne myśli o byciu dla innych, dla ojczyzny, o miłowaniu. To od Niego wszystko otrzymałem, a ja przypisywałem to sobie”.

Zrodziła się wtedy u niego taka myśl, że gdyby jednak Pan Bóg podarował mu jeszcze i to życie doczesne, to już by wiedział, jak żyć. Cały należałby do Boga, wszystko czyniłby dla Niego i ze względu na Niego. Zostałby księdzem.

Nie wiedział jednak, ile mu życia zostało. Już napisał nawet list pożegnalny do rodziców, żeby był on gotowy na moment, w którym przyjdzie jego czas. Niemcy wywoływali skazańców wieczorem, a egzekucje przez ścięcie gilotyną wykonywano nad ranem. Ale teraz Franciszek już zupełnie inaczej patrzył na swoją śmierć. Był po prostu szczęśliwy, bo wiedział, że będzie żył wiecznie, że czeka na niego niebo pełne szczęścia, że tam dopełni się to wszystko, czego tu na ziemi nie zdążył osiągnąć. To właśnie był Boży plan dla Franciszka: żeby odkrył Boga, uwierzył w Niego, doświadczył Jego ojcowskiej miłości i z ufnością powierzył Mu siebie całego. I właśnie dlatego w przeszłości wielokrotnie Bóg ocalał mu życie. 

Dwa razy

W czasach Trzeciej Rzeszy niemieckiej stosowano pruskie prawo zwyczajowe, które mówiło, że jeśli nie dojdzie do wykonania wyroku w ciągu 99 dni, to w setnym dniu dany skazaniec zostaje ułaskawiony, a karę śmierci zamienia mu się na więzienie. I tak się w tym przypadku stało! To była dalsza część Bożego planu dla Franciszka: określony czas minął, a wyroku nie wykonano. 14 sierpnia 1942 r. zdjęto mu kajdanki z rąk i oznajmiono, że z kary śmierci został ułaskawiony, ale do zakończenia działań wojennych ma przebywać w ciężkich obozach pracy, a później jeszcze przesiedzieć dziesięć lat w więzieniu. Na 120 skazanych na śmierć tylko dwie osoby zostały ułaskawione: Franciszek i jeden z jego kolegów. 118 wyroków wykonano. Myślę, że data ułaskawienia nie jest przypadkowa, bo rok wcześniej, również 14 sierpnia, w obozie w Auschwitz dobity zastrzykiem z fenolu zginął o. Maksymilian Kolbe. Z jego duchowości i dzieła wiele w przyszłości Franciszek zaczerpnie. 

Chociaż przed Franciszkiem była jeszcze długa droga do wolności, on już był szczęśliwy i wdzięczny Bogu, że podarował mu życie, i to podarował mu je dwa razy. Pierwsze – życie wieczne, bo jak powiedział: „Sam skazałem się na śmierć wieczną przez to, że nie wierzyłem, ale Bóg w swoim wielkim miłosierdziu podarował mi łaskę wiary”. A teraz podarowane mu zostało jeszcze życie doczesne.

Przez jakiś czas trzymano go jeszcze w katowickim więzieniu, a potem przewieziono do więzienia w Raciborzu. Następnie został przeniesiony do Rawicza i z powrotem do Raciborza.

 Gottes Universität

Najprawdopodobniej w Raciborzu, 25 stycznia 1943 r. powstał wiersz, w którym Franciszek próbował opisać to, co się w nim dokonało.

 Gottes Universität
 Noch niemals habe ich auf der hohen Schule studiert,
Weder Wissenschaft, noch Philosophie probiert,
Der Bücher Weisheit habe ich nicht berührt,
Mit Weisen keine Disputen geführt.
Ich habe besucht die Universität,
Die hӧher, als alle anderen steht;
Dort, wo man eine Weisheit kann finden,
Welche keine Bücher verkünden –
Und wo man lernen kann gar schnell
Und alle Weisheit verstehen so hell.
 Diese Universität heiβt Leben.
Wo kann es eine höhere geben?
Und auf dieser Universität
Hab’ ich besucht eine Fakultät,
Die höher steht, als alle andern,
Wo zum Ziel kann schnell man wandern.
Doch jeder möchte möglichst fern ihr bleiben –
Denn diese Fakultät heiβt: „Leiden!”
 Und dann dachte ich, alle Gaben
Der Weisheit schon erworben zu haben.
Da muβte ich zum Meister gehen,
Um dort die Prüfung zu bestehen.
„Da stand ich nun, ich armer Tor
Und war so klug, als wie zuvor;”
Den Meister kann man nicht betrügen,
Sofort durchschaut er alle Lügen.
Ich war in allergröβter Not,
Denn mein strenger Schulmeister hieβ „Tod”.
 Da hab’ den Kampf ich aufgegeben!
Es gibt keine Wahrheit im Leben!
 Jetzt weiβt Du’s: Wahrheit findest Du nicht im Leben,
Nun werde ich dir die Wahrheit geben.
 Und da erschien ein wunderbares Licht,
Das mit seinem Strahl alle Zweifel bricht.
 „Ich bin die Wahrheit, das Leben, der Weg”,
So hat eine Stimme mein Herz bewegt.
Jetzt habe den Meister ich auch erkannt,
Der auf des Lebens Schule mich gesandt.
Jetzt konnte alles ich verstehen,
Was auf der hohen Schule ich gesehen.
 Dem Meister Tod konnt ich jetzt Antwort geben:
„Dich fürcht’ ich nicht!”, denn ich werde nach dir doch leben.

 Polskie tłumaczenie jest następujące:

 Boży Uniwersytet
 Jeszczem nigdy nie przestąpił progu wyższych szkół,
Anim w filozofii tajniki się wczuł,
Nigdy też z mądrych książek nie uczyłem się,
Ni uczonych dysputy nie bawiły mnie.
A jednak na uczelnię wyższą uczęszczałem
I wiedzę najważniejszą na niej zdobywałem.
Na uczelni tej mądrość taką można znaleźć,
Której próżno by szukać w opasłym foliale.
Tryb nauki w tej szkole bywa przyspieszony,
A wszelkie kwestie aż nazbyt dobrze wyjaśnione.
 Uniwersytet ten życiem się zwie.
Czy możesz gdzieś znaleźć ważniejszy niż ten?
Właśnie na tej uczelni pilnie studiowałem.
Zwłaszcza jeden fakultet dokładnie zgłębiałem.
Na nim szybko osiągasz zamierzony cel,
Gdyż kierunek to ważniejszy od innych jest.
Nie cieszy się on jednak dużym powodzeniem,
Każdy chce go uniknąć, bo zwie się cierpieniem.
 A gdym już był pewien, że wszelkie mądrości
Wreszcie osiągnąłem, tam dzięki swej pilności
Musiałem osobiście przed mistrzem się stawić,
By zdać u niego najważniejszy egzamin.
„I stałem tak przed nim jak ten błazen biedny,
Niewiele więcej wiedząc, niż wiedziałem przedtem”.
Tutaj nie ma już miejsca na żadne łgarstwo,
Bo mistrz ten zaraz przejrzy każde twoje kłamstwo.
Gdy stanąłem przed nim, zacząłem w trwodze drżeć,
Bo mistrzem tym okrutnym była sama śmierć.
 W końcu się poddałem i przestałem walczyć!
Zrozumiałem, że w życiu nie ma żadnej prawdy!
 Teraz wiesz: w życiu prawdy nie znajdziesz,
Jedynie Ja ci mogę dać prawdę.
 Nagle cudne Światło rozbłysło w mej ciemności,
Jego blask wchłonął cienie wszystkich wątpliwości.
 I głos zabrzmiał w mym sercu, złączony z jego biciem:
„Ja jestem drogą, prawdą, życiem”.
Wtedy dopiero poznałem prawdziwego Mistrza,
Który mnie do tej wyższej szkoły życia wysłał.
I nareszcie już wszystko rozumiałem,
Co tak pilnie przez całe życie studiowałem.
I mogłem śmierci odpowiedzieć: „Niestrasznaś mi!
Już nie boję się, bo po śmierci dalej będę żyć”.

Fotografie pochodzą ze zbioru INMK i archiwum Ruchu oraz zbiorów prywatnych p. Doroty Seweryn:

  1. Zdjęcie z artykułu w INMK : https://www.inmk.org.pl/17-czerwca-1942-r/?fbclid=IwAR1azyk8UqmaSPMxQmQm5yQ38CTgw6ehcnzz8QxlhEKlPmuLPucPTRwUZEU
  2. Fotografia Franciszka Blachnickiego z czasów przebywania w niemieckim obozie Auschwitz
  3. Fotografia budynku więzienia w Katowicach (gdzie później, już jako ksiądz, był przetrzymywany przez władze komunistyczne)
  4. Fotografia św. Maksymiliana Marii Kolbego, która nadal wisi w pokoju ks. Blachnickiego na Kopiej Górce
  •  
  •  
  •  

Może Ci się również spodoba