Po powrocie do Polski

Od mojego powrotu do Polski minęły już cztery miesiące. Z perspektywy czasu łatwiej podsumować mi zakończony już wolontariat w Kazachstanie.

 

Kochani!

Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą – wróciłam! Od mojego powrotu do Polski minęły już cztery miesiące. Z perspektywy czasu łatwiej podsumować mi zakończony już wolontariat w Kazachstanie.

Tak, potwierdzam – wolontariat zakończony. Wiele osób pyta, kiedy tam wracam, czy podróże już za mną. TAK. Jeśli kiedykolwiek tam wrócę, to prywatnie, z tęsknoty; rozdział wolontariatu już zamknięty.

Niedawno miałam okazję uczestniczyć w sesji poświęconej Ojcu Franciszkowi. Ja chciałam przede wszystkim posłuchać opowieści p. Dorotki Seweryn, ale ciekawym „zbiegiem okoliczności” okazało się jedno spotkanie. Kierowcą pań z INMK była Magda, która odbywa w Krościenku roczny wolontariat. W trakcie sesji o Ojcu powiedziała świadectwo, a ja – słuchając jej – zrozumiałam, że Bóg bez względu na miejsce na tej Ziemi wszystkim wolontariuszom daje podobne doświadczenia, m.in. fakt, iż wcale nie muszę wszystkich lubić, ja mam jedynie (aż!) wszystkich kochać.

Może opiszę wszystko za pomocą najczęściej zadawanych mi pytań.

1

Jak było?

Było wspaniale! To cudowny czas łask, wielu zmian, doświadczeń radosnych i trudnych.

No właśnie, było też ciężko, gdy Pan mnie próbował, nie zawsze stanęłam – a nawet chyba przeważnie tak się działo – na wysokości zadania. A przecież Bóg zsyła nam tylko to, co jesteśmy w stanie unieść, On by mnie na pewno nie chciał zgnieść. W czym więc problem? Bóg doświadcza i zsyła moc, siłę „z góry”; współpraca z tą łaską to już inna sprawa. A ja najwyraźniej uparłam się, by robić wszystko sama.

Było sporo łez, łez załamania, rozczarowania odkryciem takiej ilości zła w sobie samej. A może nawet nie tyle zła, co „nędzy”, jak to określała św. s. Faustyna Kowalska.

Wreszcie była miłość i radość. Praca w parafii katedralnej Karagandy czasem była monotonna, a czasem obfitowała w wybuchy radości, wesołości. Warto było tam pojechać, choćby po to, by poznać tych ludzi.

2

Co tam robiłaś?

Standardowa odpowiedź brzmi: wszystko. Gdy pada hasło „wolontariat misyjny”, sama przeważnie sądziłam, że chodzi głównie o ewangelizację, najlepiej uliczną, głoszenie katechez, nieustanne udzielanie się na organizowanych rekolekcjach.

A ja? A ja na co dzień sprzątałam, prałam, prasowałam, nieco gotowałam, szykowałam pokoje dla gości, którzy tak często pojawiali się w domu, pomagałam siostrom eucharystkom w zakrystii, a czasem także w pracy z dziećmi. Przy większych uroczystościach parafialnych pomagałam albo w kuchni, albo przy wydawaniu posiłków parafianom (w Polsce najczęściej przy takich okazjach robi się bigos; tam mieli swój odpowiednik takiego dania, płow). Zawsze byłam zdumiona chęcią pomocy, aktywnością samych parafian. Przecież parafia powstała w zasadzie wraz z poświęceniem katedry, czyli raptem miesiąc przed moim przyjazdem do Kazachstanu. Po roku, gdy świętowaliśmy rocznicę tamtego wydarzenia, można było z czystym sumieniem powiedzieć, że w parafii widoczne jest życie.

5

Udzielałaś się tam jakoś?

To pytanie nawiązuje do wcześniejszego. Ale można to odnieść nie do ogólnej pracy wykonywanej w Kazachstanie, lecz do pracy stricte misyjnej.

I tu chyba wszystkich rozczaruję – przez cały czas spędzony w Karagandzie jako animator na rekolekcjach zaangażowałam się tylko raz. Później, jeśli tylko mogłam, pytałam, czy mogę zostać. Nikt nigdy do niczego mnie nie zmuszał. Czemu tak się wycofałam?
4

Wydaje się, że w obcym miejscu łatwiej jest zacząć od nowa, pokazać się z jak najlepszej strony. Początkowo mój opór powodowała kiepska znajomość języka. Tak sobie to tłumaczyłam. Ale szybko zrozumiałam, że ja nie chcę, nie pragnę służyć. Taki kryzys służby, który właśnie przywiozłam ze sobą do Polski, chwycił mnie tam lub się wreszcie ujawnił. Z czasem przyszła myśl, że gdzieś w swojej formacji popełniłam błąd. Było dla mnie oczywiste, że krokiem do przodu jest diakonia, jest to logiczne rozwiązanie. Ale ja trwałam na tej drodze, bo tak trzeba, bo wypada, bo muszę. Tam nic nie musiałam, nie było mi głupio odmówić, powiedzieć, że wolę zostać w domu. W Polsce, w diecezji, dużo osób mnie zna. Przypuszczam, że pewne grono określiłoby, iż jestem kimś, na kim można polegać. Proszę, a tu niespodzianka – pozwoliłam sobie na ucieczkę od odpowiedzialności i tak już zostało.

W miarę odkrywania swoich słabości – co przecież jest łaską, Bóg mi pokazał, nad czym trzeba pracować – odrzucałam Jego pomoc i pozwoliłam się złamać.

Widzę dobro, jakiego Bóg tam przeze mnie dokonał, nie udało mi się tak w stu procentach poddać. Po powrocie do ojczyzny jest jednak trudniej. Wiem, że wielu z Was się za mnie modli; szczerze za to dziękuję! Ale jednocześnie przyznaję, że nigdy wcześniej nie było tak trudno.

7

Czy chciałabyś tam wrócić?/czy pojedziesz tam jeszcze raz jako wolontariuszka?

Chciałabym wrócić. Ale nie pojadę więcej jako wolontariuszka, biskup jasno określił czas trwania wolontariatu na jeden rok.

Mimo trudności, jakie mnie tam spotkały, ciężarów, jakie ze sobą w sercu przywiozłam – chętnie bym wróciła. Bo tęsknię. Tak po prostu. Jak wielu z Was, gdy się z kimś rozstaje, nawiedza myśl: „Ja tę osobę widzę najprawdopodobniej ostatni raz w życiu”? Kontakt elektroniczny pozostaje, ale odwiedziny, gdy dzieli nas 5000 km, nie są sprawą łatwą.

Idealny wolontariusz?

Takiego pytania nikt mi dotąd nie zadał, ale często o nim myślałam pod koniec pobytu w Kazachstanie. Jeśli ktoś chciałby jechać dokładnie w to samo miejsce, co ja, najlepiej, by była to osoba otwarta: tam się wszystko może przydarzyć.

Mile widziana gotowość do nagłych posług o każdej porze dnia i nocy. W diecezji karagandyjskiej trwa czas budowy, więc wskazani panowie, a względnie wszyscy po politechnice. Bo nawet dziewczyny lepiej, by się orientowały, o co właściwie chodzi i o czym najczęściej rozmawiają kapłani przy posiłku.

Im bardziej uformowany duchowo wolontariusz, tym oczywiście lepiej. Sam z siebie, tzn. ze swego serca ma więcej do zaoferowania. Wskazana kreatywność w pracy z dziećmi, młodzieżą i dorosłymi. I płynna znajomość języka, najlepiej kazachskiego.

8

A w praktyce?

Stwierdzenie, że na wolontariat mogą jechać tylko osoby spełniające wszystkie powyższe warunki, jest czystą głupotą.

Nie pojechałam tam, bo czułam się dojrzałą oazowiczką, która pojedzie ożywić Kościół w Kazachstanie. Czułam słabość i strach, nieustannie biłam się z myślami czy to na pewno wola Boża, co ja tam z siebie dam, w co ja się pakuję, jeśli kompletnie nie znam rosyjskiego.

I taką mnie powołał Pan, dziś nie mam wątpliwości. Mimo wszystkiego, co opisałam powyżej: o kryzysie służby, niechęci do wychodzenia z domu, rozczarowaniu samą sobą – Bóg dobrze wiedział, co we mnie siedzi. Może pojechałam tam po to, by to właśnie odkryć. Może pojechałam tam po to, by tylu ludzi zaktywować do modlitwy w mojej intencji, bo zwykle tak trudno było mi o nią poprosić. Może pojechałam tam po to, by wypróbować cierpliwość ludzi, którym przyszło ze mną mieszkać – opcji jest wiele. Nic nie dzieje się, jeśli Bóg na to nie pozwoli.

Gdy przychodzą najtrudniejsze chwile, żałuję, że podjęłam decyzję o wyjeździe. Wrocław był dumny, pierwsza wolontariuszka misyjna z tej diecezji; a ja mam poczucie, że wszystkich zawiodłam.

Gdy zaś pozwolę, by Duch Święty rozgonił te czarne chmury, widzę, że przecież tam intensywnie pracowałam i pomagałam, choć może na wielu zdjęciach tego nie udokumentowano, choć nie stałam w pierwszym rzędzie. Zdobyłam cenne doświadczenie, które pozostanie ze mną na całą resztę życia; będę mogła do tego skarbca sięgnąć, gdy tylko otworzę oczy i otrzepię się z tej całej beznadziei, w jaką się dałam wciągnąć.

3

Co dalej?

Wróciłam. „Kryzys służby” jest na razie moim argumentem, dzięki któremu nie chcę się angażować. Bo i prawdą jest, że gdzieś zgubiłam miłość dla dzieła, jakim jest Ruch Światło-Życie. Na razie się wycofałam.

Wciąż szukam pracy. Znajomy ostatnio przyznał się, iż sądził, że już znalazłam, ale jakoś nie jest to dla mnie tak proste. Nie urodziłam się optymistką, ale nie urodziłam się również chrześcijanką – muszę się nią stawać, to zadanie na całe życie. Muszę, bo chcę, to jest takie „muszę” wypływające z wolności w Panu (nie ja to wymyśliłam, cytuję tu dobrą znajomą).

Nie jest łatwo, nie jest różowo. Chciałabym mieć w sobie nadzieję, może to pragnienie się spełni. Pan pokazał mi przecież przez naród Kazachów, że mogę nie znać języka i nie umieć się z kimś dogadać, mogę nie chcieć się udzielać, mogę się schować, mogę się nie odzywać i zamknąć w sobie – a i tak znajdą się ludzie, którzy przyjmą mnie (od razu!) jak swoją. Nie dlatego, że mogę czy mam im coś dać, ale dlatego, że po prostu jestem.

To mi przypomina, że tak mnie kocha mój Stwórca i że taką miłość jestem winna Jemu i każdemu Jego stworzeniu – nie jako przymus, ale naturalna odpowiedź na miłość Boga do mnie.

Modlę się o tę miłość, ufam, że dzięki niej właśnie odżyję, nawrócę się. Wiem, że w tej modlitwie nie jestem sama.

6

Jeśli swoim podsumowaniem wolontariatu kogoś przestraszyłam, kogoś, kto sam odkrywa w sobie powołanie do misyjnej posługi, to napiszę tak: ufasz Bogu? Bóg pokaże Ci, że jesteś słaby, ale da Ci swoją moc, byś wiedział/-a, że wszystko, co dobre, to On czyni w Tobie i przez Ciebie. Przez trudne doświadczenia oczyści Cię z pychy, miłości własnej, egoizmu; napełni pokorą, świadomością, iż wszystko jest Jego dziełem, nie będziesz pragnąć niczego na własną chwałę, za nic będziesz mieć pochwały – każde dobre słowo pod swoim adresem będziesz w stanie odnieść do Niego. Staniesz się jak dziecko, które choć samo nic nie może, to jednak jest szczęśliwe, bo ma Ojca, który jest Bogiem, który wszystko załatwi, jeśli taka jest Jego wola, bo On wszystko może.

Czemu zatem mój opis momentami był tak smutny? Czemu ja taka nie przyjechałam? Bo w czasie wolontariatu rozpoczyna się walka z samym sobą. Odrzucenie miłości własnej dla mnie okazało się bardzo trudne, do niektórych zachowań, rzeczy w swoim życiu przywiązałam się tak mocno, że nie chcę puścić do tej pory. Modlę się, upadam i wstaję, płaczę, załamuję się – bo tak naprawdę nie chcę zerwać ze starym człowiekiem. Ale gdy tylko odpuszczę, to owoce przejdą moje najśmielsze oczekiwania.

Niektórzy osiągają to z łaski Bożej w pięć minut, inni pracują przez lata, pozostając wiernymi pracy w konkretnych wspólnotach; ja musiałam wyjechać do Kazachstanu i zmierzyć się ze swoją nędzą. Nawet teoretyczne wyobrażanie sobie, że kiedyś oddam to Bogu, odpuszczę, zaufam Mu prawdziwie i zacznę od nowa – nawet to nie jest łatwe. Ale u Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Amen.

Agnieszka Wałkiewicz

  •  
  •  
  •  

Może Ci się również spodoba