„Ścięcie CKW” … z wdzięcznością i wiarą

Likwidacja Centrali Krucjaty Wstrzemięźliwości w Katowicach była jakby zamknięciem pewnego etapu. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, można powiedzieć, że był to dopiero początek całej działalności ks. Franciszka Blachnickiego. Jego pełna wiary reakcja, modlitwa dziękczynna za to, co się stało, ufność, że jeżeli Bóg do czegoś dopuścił, to na pewno z zamiarem uczynienia czegoś lepszego i większego, przekonanie, że bez woli Bożej nic się nie dzieje – to wszystko razem wytworzyło wśród najbliższych pracowników i naszej wspólnoty taką atmosferę, że nikt nie narzekał, nie zawodził, nie załamywał rąk, nie mówił: „Szkoda, że nam wszystko zabrali”. Uczyliśmy się od Ojca przyjmować z wdzięcznością i wiarą wszystko to, co Pan Bóg dla nas przygotował.

 

 

Fot. 1 – Barak przy ulicy Jordana 18 w Katowicach

Dzisiaj mija 60 lat od dnia likwidacji przez komunistyczne władze Centrali krucjaty Wstrzemięźliwości, więc przeżyjmy to czytając relację p. Doroty Seweryn o tym wydarzeniu i jego okolicznościach. Pani Doroty wprawdzie dokładnie w tym dniu nie było w Katowicach, bo tydzień wcześniej o. Franciszek wysłał ją do Szczawnicy, żeby w końcu podreperowała tam trochę swoje zdrowie, ale jej opowieść dotyczy nie tylko samego dnia likwidacji KWC, o czym słyszała od naocznych świadków, lecz jest również próbą opisania tego, co prawdopodobnie spowodowało taką decyzję władz. Tekst jest trochę długi, ale myślę, że warto poświęcić mu trochę czasu.  

 

Fot. 2 – p. Dorota Seweryn – zdjęcie zrobione w 1958 r. czyli na 2 lata przed opisywanymi wydarzeniami

 

REALNE ZAGROŻENIE

(…) Prowadzenie rekolekcji i praca w Centrali Krucjaty Wstrzemięźliwości napotykały na różne przeszkody, bo władzom nie podobało się to, co robimy. Interesowano się nami i często nas „nawiedzano”. Na przykład w Centrali na pewien czas zaplombowano powielacze, a w prowadzeniu rekolekcji usiłowano przeszkadzać. Atmosfera się zagęszczała i dawało się odczuć, że coś się przeciwko nam szykuje. Ojciec w ogóle się tym nie zrażał. Uważał to wszystko za naturalne, bo przecież zawsze, jeżeli jakieś dzieło jest Boże, to szatan usiłuje mu przeszkadzać, posługując się różnymi sposobami i ludźmi. Nigdy nie usłyszało się od niego słowa, że musimy z tym skończyć, musimy być ostrożni, bo się nami interesują. Przeciwnie, Ojciec był przekonany, że powinniśmy nadal robić to, co robimy, bo to jest dobre, a dobrej pracy nikt nam nie może zabronić. Zawsze powtarzał, że jeżeli ktoś czyni dobrze, to nie musi się lękać, niezależnie od tego, jakie będą tego konsekwencje. To podnosiło wszystkich nas na duchu. Tak było od początku i tak jest do tej pory. Trudności w pracy spotykały Ojca nie tylko ze strony władz świeckich. Nawet niektórzy duchowni chyba trochę bali się tego rozmachu, z jakim prowadzona była praca Krucjaty Wstrzemięźliwości. Wydaje mi się, że wiara Ojca przerastała wielu: była autentyczna, głęboka, nieznająca kompromisów ani lęku. Nie każdy potrafił go zrozumieć. Niektórzy podziwiali to, co robił, inni bali się o niego, a jeszcze innych po prostu drażnił swoją działalnością. A rozmach tego dzieła był rzeczywiście duży i osiągnięcia wielkie. W niespełna trzy lata działalności Krucjaty było już około 100 000 zdeklarowanych dorosłych abstynentów, nie licząc tych dziesiątek tysięcy członków krucjaty dziecięcej i młodzieżowej. Wkrótce Krucjata przyniosła konkretne owoce. Lata 1957–1960, a więc w czasie jej działalności, były jedynym okresem w historii Polski powojennej, w którym w rocznikach statystycznych odnotowano spadek wypitego przez Polaków alkoholu! Ówczesne władze przeraziły się, że ten jeden człowiek w tak krótkim czasie zdołał rozpętać taką wojnę z pijaństwem i miał w tym tak wielkie osiągnięcia. Oznaczało to dla nich realne zagrożenie, dlatego bali się Ojca i bali się Krucjaty. Postanowili więc ją zniszczyć, i to jak najprędzej. Obawiali się bowiem, żeby naród nie przejrzał i trzeźwymi oczyma nie spojrzał na to, co się dzieje, w jakich okowach znajduje się Polska. Postanowili więc zlikwidować to wielkie dzieło Niepokalanej.”

Fot. 3 – Zakończenie kursu trzeźwościowego przed Barakiem. Na zdjęciu między innymi: w ostatnim rzędzie, czwarty od lewej ks. Blachnicki, przed nim (nieco po lewej) Róża Szafarczyk. Z przodu, trzecia od lewej stoi Wiktoria Nowak („Babunia”), a na prawo od niej, nieco schowana, Maria Cwołek. Centralnie, w szarej sukience – stoi Zyta Kocur, a druga po prawej od niej to Zuzanna Podlewska (Zenia). Na prawo Gizela Skop, Maria Pełka i Zuzanna. Druga od prawej to Teresa Bracik.

 

Wkrótce do p. Doroty do Szczawnicy dotarła kartka pocztową z wiadomością: „29 sierpnia – ścięcie św. Jana Chrzciciela – ścięcie CKW” (czyli ścięcie Centrali Krucjaty Wstrzemięźliwości).

Wspomina to tak:

Wiedziałam, że musiało się wydarzyć coś poważnego, bo ścięcie oznacza, że coś przestaje istnieć. Nie mogłam jednak niczego zrobić ani dowiedzieć się czegoś więcej, bo to nie było tak jak dzisiaj. Nie można było wziąć komórki do ręki i zadzwonić. Nawet telefony stacjonarne nie były tak rozpowszechnione. Wiedziałam, że w Szczawnicy mam być jeszcze miesiąc, więc musiałam tam siedzieć i czekać na to, co będzie się dalej działo. Nie trwało to jednak długo, bo za dwa, trzy dni przyjechała do mnie Zenia. Właśnie ona jako pierwsza opowiedziała mi wtedy, co właściwie wydarzyło się tego 29 sierpnia, w liturgiczne wspomnienie męczeństwa św. Jana Chrzciciela.

JAKAŚ REWIZJA

29 sierpnia 1960 r. miało się odbyć to zaplanowane sympozjum Krucjaty. Pracownicy naszej Centrali Krucjaty Wstrzemięźliwości musieli w związku z tym przygotować wiele rzeczy. Mieli za sobą niejedną nieprzespaną noc. Jeszcze tego dnia rano z baraku do budynku Niższego Seminarium Duchownego, gdzie miało odbywać się to sympozjum, całymi koszami wynosili różne materiały przygotowane dla mających w nim uczestniczyć księży. Księża powoli zaczęli się zjeżdżać. Nagle wpadł do baraku nasz kierowca i powiedział, że chyba szykuje się jakaś rewizja. O tym, co nastąpiło potem, szczegółowo zdał relację sam Ojciec Franciszek, pisząc

Sprawozdanie z akcji likwidacyjnej przeprowadzonej w Centrali Krucjaty Wstrzemięźliwości w dniu 29 sierpnia 1960 r. przez Zespół Urzędu Spraw Wewnętrznych Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach:

1. Był to dzień ścięcia św. Jana Chrzciciela, Patrona Krucjaty Wstrzemięźliwości. W Centrali Krucjaty Wstrzemięźliwości od rana panował ożywiony ruch w związku z mającym się rozpocząć w tym dniu kursem duszpasterskim dla kapłanów z całej Polski.Około godz. 10 spiesznym krokiem weszło do Centrali kilku mężczyzn, którzy skierowali się od razu do biura dyrektora Centrali, ks. Blachnickiego.Jeden z nich przedstawił się jako Edward Krakowiak, zastępca kierownika Urzędu Spraw Wewnętrznych Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach, i okazał delegację służbową upoważniającą go do dokonania czynności urzędowych w Centrali Krucjaty Wstrzemięźliwości. Następnie wręczył ks. Blachnickiemu pismo stwierdzające, że doszło do wiadomości Urzędu Spraw Wewnętrznych, iż na terenie kraju działa organizacja pod nazwą Krucjata Wstrzemięźliwości, której Centrala mieści się w Katowicach. Wobec tego, że organizacja nie jest przez władze zalegalizowana, wzywa się do natychmiastowego przerwania wszelkiej działalności i do wydania wszelkich dokumentów i materiałów związanych z jej działalnością.Ks. Blachnicki po zapoznaniu się z treścią pisma oświadczył, że Centrala Krucjaty Wstrzemięźliwości nie jest odrębną instytucją posiadającą osobowość prawną, ale jest komórką w ramach organizacji Kurii Diecezjalnej w Katowicach, mającą zlecone przez Episkopat prowadzenie kościelnej akcji trzeźwości w skali krajowej. Wobec tego nie czuje się on uprawniony do przyjęcia decyzji i do jej wykonania i należy zwrócić się w tej sprawie do ks. biskupa Dudźca, delegata Episkopatu do spraw trzeźwości, i do Kurii Diecezjalnej w Katowicach. Dlatego też ks. Blachnicki odmówił podpisania potwierdzenia odbioru decyzji i zażądał, aby go skontaktowano z bezpośrednim przełożonym, J. E. ks. biskupem Bednorzem.Pan Krakowiak uznał, że takie postawienie sprawy przez ks. Blachnickiego oznacza kategoryczne sprzeciwienie się wykonaniu decyzji U.S.W. i wezwał telefonicznie przedstawiciela Prokuratury Wojewódzkiej w Katowicach.W międzyczasie ks. Blachnicki wyraził protest wobec postępowania władz, albowiem Krucjata Wstrzemięźliwości nie jest żadną organizacją i nikt nie wykazał jej charakteru organizacyjnego, a ponadto działa ona jawnie i legalnie od trzech lat, w ciągłym kontakcie z różnymi władzami, za wiedzą Referatu do Spraw Wyznań, wydając za zgodą Urzędu Kontroli Prasy w ramach „Gościa Niedzielnego” dodatek „Niepokalana Zwycięża” i różne druki, i dotąd nikt nie kwestionował legalności tej działalności. Stwierdzenie, że teraz, po trzech latach, doszło do wiadomości U.S.W. istnienie organizacji pod nazwą Krucjata Wstrzemięźliwości, jest więc śmieszne i bezpodstawne.Członkowie zespołu U.S.W. po kilku minutach czekania na przybycie prokuratora rozbiegli się po całym baraku i zaczęli gorączkowo pieczętować wszystkie pomieszczenia baraku. Ks. Blachnicki stanowczo przeciw temu zaprotestował, stwierdzając, że pieczętowanie pomieszczeń przed przybyciem prokuratora jest przekroczeniem kompetencji i bezprawiem. Po kilkunastu minutach przybył na miejsce przedstawiciel prokuratury, który przedstawił się i wylegitymował jako mgr Jan Rydzio, wiceprokurator wojewódzki.Pan Krakowiak przedstawił zarzut, że ks. Blachnicki kategorycznie sprzeciwia się wykonaniu czynności służbowych przez zespół U.S.W. Ks. Blachnicki natychmiast sprostował zarzut, że nie sprzeciwia się wykonaniu decyzji, ale domaga się przestrzegania kompetencji i zwrócenia się do właściwych władz, zgodnie z zasadami przyjętymi w administracji Kościoła. Pan prokurator, ignorując sprostowanie ks. Blachnickiego, zażądał przeprowadzenia rewizji i skontaktował się telefonicznie z Wojewódzką Komendą M.O., żądając przysłania na miejsce zespołu funkcjonariuszy do przeprowadzenia rewizji.W tym momencie przybył do Centrali Krucjaty Wstrzemięźliwości J.E. ks. biskup Bednorz i po zapoznaniu się z pismem U.S.W. zaprotestował przeciwko postępowaniu władz, które jest bezpodstawne, albowiem Krucjata Wstrzemięźliwości nie jest organizacją, lecz akcją duszpasterską prowadzoną przez ks. Blachnickiego na zlecenie Episkopatu i Kurii Diecezjalnej. Ks. Biskup zażądał zaprotokołowania swego protestu.

2. Przed Centralę zajechały samochody z milicją uzbrojoną, w kaskach i szeregiem funkcjonariuszy nieumundurowanych, wśród których było kilka kobiet. Centrala zaroiła się ludźmi, wszystkich razem było chyba z trzydziestu. Poza tym barak z zewnątrz był obstawiony uzbrojoną milicją umundurowaną i tajną. Rozpoczęła się rewizja równocześnie w kilku pomieszczeniach. Ks. Blachnicki na wezwanie prokuratora wydelegował spośród pracowniczek C.K.W. świadków, którzy by asystowali przy rewizji w poszczególnych pomieszczeniach. Po pewnym czasie prokurator zażądał odesłania milicjantów z wyjątkiem dwóch, mających pełnić służbę przy drzwiach wejściowych. Na zewnątrz pozostali funkcjonariusze nieumundurowani, którzy zatrzymywali i legitymowali księży, zaczynających się coraz liczniej schodzić w związku z mającym się rozpocząć o godz. 15 kursem.Osoby wchodzące do baraku legitymowano, opuścić można było barak tylko za zezwoleniem prokuratora. Mieszkańcy sąsiednich domów i baraków, stojąc w oknach i drzwiach domów, przyglądali się przebiegowi wypadków. Wewnątrz baraku świadkami likwidacji C.K.W. byli: trzej księża stale pracujący w Centrali (ks. Blachnicki, ks. Malicki i ks. Miś, który doszedł po południu), 7 pań – pracowniczek Centrali, 4 księży – gości, którzy przybyli na kurs i znajdowali się w Centrali przed rozpoczęciem rewizji, 4 młodzieńców przypadkowo znajdujących się w Centrali, jeden pracownik C.K.W. Po pewnym czasie okazało się jawnie, jaki był charakter rewizji, której celem miało być rzekomo zabezpieczenie dokumentów i materiałów charakteryzujących działalność Krucjaty Wstrzemięźliwości dla wyjaśnienia jej działalności. Odkładano w celu zabrania niemal wszystkie znalezione materiały, bez względu na ich treść i pochodzenie, choćby było rzeczą oczywistą, że w niczym nie mogły się przyczynić do „wyjaśnienia” działalności Krucjaty (np. czasopisma „Gość Niedzielny”, „Przewodnik Katolicki” itp.). Rozmiary rewizji, sposób jej przeprowadzenia nie pozostawiały już żadnej wątpliwości, że chodzi o zlikwidowanie i całkowite sparaliżowanie działalności duszpasterskiej Centrali Krucjaty Wstrzemięźliwości i to przed wykazaniem charakteru nielegalnego tej działalności i bez udowodnienia jakichkolwiek zarzutów.

3. W tej sytuacji ks. Blachnicki doszedł do przekonania, że ani on, ani inni pracownicy Centrali nie mogą partycypować w całej tej akcji, nawet w charakterze świadków mających stwarzać pozory jej legalności. Wobec tego polecił pojedynczo wszystkim pracownikom i współpracownikom, także tym, którzy uczestniczyli w charakterze świadków w rewizji, udać się do kaplicy. Dwie pracowniczki Centrali usiłowali funkcjonariusze dokonujący rewizji zatrzymać, ale oświadczyły one, że ks. dyrektor polecił im udać się do kaplicy. W kaplicy jeden z księży wystawił Przenajświętszy Sakrament i rozpoczęło się nabożeństwo różańcowe. Na początku nabożeństwa ks. Blachnicki poszedł do prokuratora i w obecności wszystkich funkcjonariuszy uczestniczących w akcji złożył uroczysty protest przeciw całej akcji likwidacyjnej. Centrala Krucjaty prowadziła działalność ratunkową na rzecz Narodu zagrożonego zalewem pijaństwa, działalność błogosławioną w skutkach, która u wszystkich ludzi uczciwych mogła wzbudzić tylko podziw i uznanie. Prowadziła tę działalność jawnie i legalnie pod okiem władz, które w ciągu trzech lat w niczym jej nie kwestionowały. Dzisiejsza akcja jest aktem gwałtu i bezprawia, jest naruszeniem elementarnych zasad wolności i praw człowieka i wobec tego nikt z pracowników Centrali nie może w niej uczestniczyć nawet w charakterze świadka, aby tym samym stwarzać pozory jej legalności.W tym momencie jeden z członków zespołu rewidującego, przedstawiciel Urzędu Kontroli Prasy, przerwał ks. Blachnickiemu, mówiąc, że jednak rewizja wykazała wydawanie nielegalnych druków. Na dowód pokazał „Książeczkę Różańcową”, powieloną swego czasu w Centrali za zezwoleniem Urzędu Kontroli Prasy. Ks. Blachnicki zakończył swoje oświadczenie stwierdzeniem, że wobec siły i przemocy jesteśmy bezsilni, ale możemy odwołać się do Bożej Wszechmocy i modlić się. Po tym oświadczeniu ks. Blachnicki udał się do kaplicy na adorację.W całym baraku rozległy się śpiewy i modły. Część radosna różańca św., potem bolesna i chwalebna. Przed każdą dziesiątką krótkie rozważanie, intencja i pieśń. Modlitwa miała charakter dziękczynny za to, że staliśmy się godni cierpieć prześladowania dla imienia Niepokalanej i Jezusa. Wśród pieśni nie zabrakło „Wielbij duszo moja Pana”. Część bolesną odmawiano w intencji wynagrodzenia za grzechy i zniewagi wyrządzone Boskiemu Sercu Jezusa i Niepokalanemu Sercu Maryi oraz za nawrócenie grzeszników i bezbożników. W ostatniej tajemnicy bolesnej wstawiono się za wszystkimi uczestnikami akcji likwidacyjnej słowami Zbawiciela przybijanego do krzyża: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. W części chwalebnej różańca proszono o zmartwychwstanie duchowe narodu z niewoli grzechu i szatana, o triumf Niepokalanej i o urzeczywistnienie „Per Immaculata Regni Christi”. Rozległy się chwalebne pieśni maryjne, jak ulubiona pieśń o. Kolbego „Wkrótce już ujrzę Ją” i hymn „Jedyna i władna świata Królowo”. Nabożeństwo zakończyło się odmówieniem aktu oddania się Niepokalanej i modlitwy Krucjaty Wstrzemięźliwości. Po błogosławieństwie odśpiewano hymn Krucjaty Niepokalanej: „Niesiemy sztandar w świat daleki”.

4. Po nabożeństwie ks. dyrektor skierował kilka słów do zebranych: „Dzisiejsza chwila jest chwilą od dawna oczekiwaną. Było to dla nas rzeczą oczywistą, że dzieło takie jak Krucjata Wstrzemięźliwości musi na siebie ściągnąć nienawiść mocy ciemności. Dzięki szczególnej opiece Niepokalanej Krucjata mogła się rozwijać stosunkowo swobodnie i mogła uczynić wiele dla ratowania dusz w ciągu trzech lat.Obecna chwila to nie chwila klęski, lecz triumfu Niepokalanej. Nic się nie dzieje bez Jej woli, co Ona dopuszcza, to wszystko jest dobre. Prześladowanie – w które obecnie wchodzi Krucjata – to zadatek przyszłego triumfu. Krucjata należy do przyszłości, a nie do przeszłości. Zewnętrzne formy działania mogą zostać zniszczone – ale jakaż potęga ziemska mogłaby zniszczyć w duszach naszych ideę Krucjaty. Trzy filary czy fundamenty Krucjaty: oddanie się Niepokalanej, ofiara wynagrodzenia zwłaszcza w formie abstynencji i różaniec codzienny, zwłaszcza wspólny w rodzinie, to są rzeczy, których nam nikt odebrać nie może i które w zasadzie wystarczą do zwycięstwa Niepokalanej”.Na koniec ks. dyrektor wydał jeszcze instrukcję, że wobec urzędników działających w baraku zachowamy postawę całkowicie bierną, nie przyjmując nawet roli wydelegowanych świadków, i udzielił błogosławieństwa kapłańskiego.

5. Rewizja przebiegała w dalszym ciągu bez naszego udziału. Pracownicy Centrali i obecni księża spożyli obiad i przebywali w kuchni oraz w sąsiednich pomieszczeniach. Po południu przybył do Centrali ponownie J.E. ks. biskup Bednorz i rozmawiał z prokuratorem i przewodniczącym zespołu U.S.W. p. Krakowiakiem. Polecił, aby ks. Blachnicki sam był obecny przy dalszej rewizji i podpisał protokół, o ile można będzie go podpisać. Około godz. 15 wręczono jeszcze ks. Blachnickiemu pismo zakazujące odbycia kursu duszpasterskiego Krucjaty, który miał się rozpocząć o godz. 15. W Niższym Seminarium, gdzie miał odbyć się kurs i gdzie gromadzili się księża, działał równocześnie osobny zespół funkcjonariuszy U.S.W. i milicji, który zabrał materiały duszpasterskie Krucjaty przygotowane dla uczestników kursu. Równocześnie przeprowadzono także rewizję w mieszkaniu prywatnym ks. Misia.Prokurator zakończył swoje czynności około godz. 20 i wezwał ks. Blachnickiego do podpisania protokołu. Protokół stwierdził przejęcie przez prokuratora druków i wydawnictw zakwalifikowanych przez uczestniczącego w rewizji przedstawiciela Urzędu Kontroli Prasy za nielegalne lub „noszące cechy nielegalności”. Wykaz tych druków, przeważnie powielanych, obejmuje 188 poz. Są to w większości teksty powielone za zgodą Urzędu Kontroli Prasy lub zgodne z przepisami względnie różne stare druki powielone, obrazki religijne itp. pochodzące z różnych źródeł, które znalazły się przypadkowo w Centrali, częściowo wśród makulatury. Protokół, po uwzględnieniu zastrzeżeń czy uzupełnień ks. Blachnickiego, został przez niego podpisany.

6. Około godz. 20 zaczęto wynosić z pomieszczeń powielacze, aparaty filmowe, maszyny do pisania i inne przyrządy techniczne w celu ich „zabezpieczenia” przez zabranie. Ks. Blachnicki stanowczo przeciw temu zaprotestował, nazywając to grabieżą mienia kościelnego. Kiedy interwencja pierwsza nic nie pomogła, ks. Blachnicki wezwał wszystkich pracowników Centrali na świadków grabieży. Na korytarzu wokół wymienionego sprzętu zebrali się z jednej strony pracownicy Centrali, z drugiej – członkowie zespołu rewidującego. Ks. Blachnicki jeszcze raz zaprotestował przeciw temu bezprawiu i wezwał obecnego jeszcze prokuratora do interwencji i wstrzymania bezprawia. Prokurator oświadczył jednak, że funkcjonariusze U.S.W. „mają widocznie takie instrukcje i wobec tego nie może na to nic poradzić”. Ks. Blachnicki zapytał, czy to powiedzenie „widocznie mają takie instrukcje” jest wystarczającą podstawą prawną do zabrania całego sprzętu technicznego Centrali Krucjaty. Pytanie to pozostało bez odpowiedzi.Była akurat godz. 21. Księża i pracowniczki Centrali udali się do kaplicy, skąd za chwilę rozległ się śpiew Apelu Jasnogórskiego „Maryjo, Królowo Polski, jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam” oraz pieśń „Na Jasnej Górze trzyma straż”. Po modlitwach wieczornych jeden z kapłanów, jak bywało zwykle wieczorem w Centrali, odmówił egzorcyzm. Członkowie zespołu rewidującego przystąpili tymczasem do pieczętowania pomieszczeń biurowych z resztkami materiałów, które tam jeszcze pozostały. Większość, związanych w paczki, wynoszono do zabrania.Potem wezwano ks. Blachnickiego do podpisania protokołu. Ks. Blachnicki jeszcze raz przedstawił wszystkie swoje zastrzeżenia odnośnie do całej akcji. Nie wszystkie zastrzeżenia chciano przyjąć do protokołu, zwłaszcza nie chciano zaprotokołować oświadczenia, że Krucjata Wstrzemięźliwości działała jawnie i legalnie na dobro narodu i państwa przez trzy lata, w stałym kontakcie z różnymi władzami, zwłaszcza Urzędu Kontroli Prasy i Referatu do Spraw Wyznań, i nikt dotąd nie kwestionował legalności tej działalności. Na oświadczenie przewodniczącego zespołu U.S.W. „tego nie przyjmujemy do wiadomości” odpowiedział ks. Blachnicki: „Wobec tego nie mogę przyjąć do wiadomości protokołu i nie mogę go podpisać”.

7. Była już blisko północ. Przewodniczący zespołu U.S.W. oświadcza: „Chciałbym jeszcze zakomunikować, że zapieczętujemy nie tylko biura, ale cały barak i w związku z tym wszyscy mieszkańcy muszą go natychmiast opuścić”. Pięć z obecnych pań, pracowniczek Centrali, mieszkało na miejscu i było tu zameldowanych.Pracownicy Centrali siedzieli przy stole w części korytarza służącego jako jadalnia. Nastąpiła chwila wyczekiwania. W tej sytuacji protestowanie zatraciło już swój sens, można było już tylko milczeć. W baraku pojawili się jacyś nowi funkcjonariusze w mundurach milicji i bez mundurów. Jeden z tych ostatnich objął komendę. Zachowanie jego było zupełnie inne niż jego towarzyszy przez cały dzień, którzy starali się być zawsze bardzo grzeczni i „praworządni”. Wieczorem zresztą zachowanie wszystkich wyraźnie się zmieniło…Pracownicy Centrali jeszcze raz usiłowali dostać się do kaplicy. Milicja zastąpiła im drogę. Nowy funkcjonariusz podszedł i odezwał się ostrym tonem: „Panienki pozwolą ze mną na rozmówkę do pokoju, po trzy, ale już”. „Czy mogę pójść z nimi?” – zapytał ks. Blachnicki. „Księdza poproszę sobie osobno, teraz zostać” – brzmiała odpowiedź w tym samym tonie.Po chwili wróciła pierwsza trójka. W ostrym tonie i z krzykiem kazano im natychmiast opuścić barak. Padły słowa „wynosić się”. Było kilka minut czasu na zabranie niezbędnych rzeczy. Mieszkanie zapieczętowano. Pracowniczki pojedynczo przychodziły do ks. dyrektora, aby się pożegnać i otrzymać kapłańskie błogosławieństwo…Postawa ich w ciągu całego dnia była godna i mężna, nacechowana nadprzyrodzoną wiarą i ufnością ku Niepokalanej. Ze słowem „Maryja” opuszczały Centralę Krucjaty, gdzie przez trzy lata służyły bez wytchnienia Niepokalanej pracą i modlitwą, aby przyspieszyć Jej królowanie w Polsce trzeźwej i czystej. Była godzina wpół do pierwszej w nocy, gdy znalazły się na ulicy…

8. Zbliżał się akt ostatni. W Centrali znajdowali się jeszcze trzej księża pracujący tam stale: ks. Blachnicki, ks. Malicki i ks. Miś. Ks. Blachnicki oświadczył, że nie może zgodzić się dobrowolnie na opuszczenie baraku, w którym ma zostać zapieczętowana kaplica z Najświętszym Sakramentem. Zażądał skontaktowania go z księdzem biskupem, aby wydał decyzję co do Najświętszego Sakramentu. Żądanie zostało odrzucone. Osobnik, który dokonał brutalnej eksmisji pracowniczek Centrali, podszedł do księdza i rzekł: „Chciałbym księdzu przemówić do rozsądku. Proszę zachować się spokojnie i nie robić awantur”. Ks. Blachnicki powtórzył swoje oświadczenie. „Wobec tego księdza wyprowadzimy”. Wziął księdza za ramię z drugim jeszcze funkcjonariuszem i poprowadził ku drzwiom. Ks. Blachnicki powiedział jeszcze: „Stwierdzam, że opuszczam Centralę pod przymusem fizycznym”.Na ulicy stały samochody i wielu milicjantów. Księża opuszczający Centralę byli do końca przekonani, że zostaną zatrzymani i wprowadzeni do samochodu. Pozwolono im jednak przejść pomiędzy milicją i samochodami, nikt ich nie zatrzymał.Była godz. pierwsza w nocy. Od rozpoczęcia rewizji minęło godzin 15. W ten sposób zakończyło się „postępowanie wyjaśniające” przeprowadzone przez Zespół Urzędu Spraw Wewnętrznych P.W.R.N. w Katowicach, działającego przez cały dzień w stałym kontakcie telefonicznym z władzami nadrzędnymi. Ostatni meldunek telefoniczny mógłby chyba brzmieć: „Postępowanie zakończono. Centrala Krucjaty Wstrzemięźliwości została zlikwidowana”.Pracownicy Centrali Krucjaty opuścili jednak barak przy ul. Jordana 18 z mocnym przekonaniem wewnętrznym, że dzień ten był dniem zwycięstwa Niepokalanej i klęski moralnej Jej nieprzyjaciół.Chyba to nie był przypadek, że „ścięcie” Centrali Krucjaty miało miejsce w dzień ścięcia św. Jana Chrzciciela, patrona Krucjaty.Nad zapieczętowanymi drzwiami wejściowymi baraku nadal znajduje się napis „Niepokalana Zwycięża”.

Spisał naoczny świadek.

PANI Z NAMI

W tym sprawozdaniu Ojciec nie opisał jeszcze wszystkiego, co się wtedy działo, a o czym jednak warto by tu wspomnieć. W ostatnim momencie przed rewizją, kiedy panowie wchodzili już do Centrali, obecne w baraku dziewczęta powrzucały do naszej „kopalni” materiały przygotowane dla księży, a których nie zdążyły wcześniej wynieść do Seminarium. W czasie rewizji na szczęście nie odkryto tego naszego podziemia. Wspominałam wcześniej, że niecałe trzy miesiące przed likwidacją Centrali Krucjaty Wstrzemięźliwości składałyśmy nasze pierwsze śluby. Dokumenty z tego wydarzenia były przechowywane w pewnej walizeczce. Chodziło o to, żeby nikt niepowołany nie dostał ich w swoje ręce, bo gdyby tak się stało, to byłoby na pewno wielkie śledztwo w tej sprawie i dostałybyśmy się najprawdopodobniej za kratki. Dlatego te papiery tam trzymałyśmy, żeby właśnie w takich momentach móc je łatwiej schować albo z nimi uciec. Na samym początku, kiedy tylko panowie weszli, żeby przeprowadzić rewizję, natychmiast Zeni przypomniało się, że koniecznie trzeba coś z tą walizeczką zrobić. Zaraz więc wzięła ją i po prostu wyszła z baraku. Początkowo nikt jej nie zatrzymywał, ale potem na którejś z ulic nagle podeszło do niej dwóch panów, którzy powiedzieli: „Pani z nami”. Ona popatrzyła na nich i powiedziała: „Co to znaczy: Pani z nami? – nigdzie z wami nie pójdę”. Zauważyli, że nie ma sensu się szarpać z młodą, piękną dziewczyną w jasny dzień na katowickich ulicach, kiedy wszyscy patrzą, dlatego jeden wydał polecenie drugiemu: „Po samochód!”. Prawdopodobnie chcieli ją do niego wpakować, żeby nie wywoływać dłużej sensacji na ulicy. Kiedy Zenia zauważyła, że został tylko jeden z nich, od razu zaczęła uciekać. Zobaczyła wtedy w oddali naszego kierowcę i pomyślała, że jemu da tę walizkę. Jakoś się jednak rozminęli. Postanowiła więc pobiec do znajomych, którzy mieszkali w pobliżu, ale w końcu tam również nie dotarła. I całe szczęście, bo u nich także w tym czasie była rewizja. Pomyślała więc, że w takim razie wróci do baraku. I tak zrobiła. Wbiegła prosto do kaplicy. Na razie nie zastanawiała się, co będzie dalej. Za jakiś czas do baraku przyszli panowie, którzy ją gonili. Powiedzieli szefowi rewizji, że ta dziewczyna, która wyszła stąd z walizką, właśnie wróciła. Mężczyzna odpowiedzialny za rewizję przyszedł więc do Ojca Franciszka i powiedział, że ta walizka natychmiast musi być im wydana. Ojciec wiedział, że nie ma wyjścia i funkcjonariusze muszą ją dostać. Udało mu się jednak wejść do kaplicy i powiedzieć: „Słuchaj, walizka musi być wydana, zrób z nią porządek”. Zenia od razu wiedziała, co ma robić. W takich sytuacjach pojawiają się szybko dobre natchnienia. Wyszła do pokoju, skąd wzięła trochę ciuszków oraz kilka prywatnych listów, i wróciła z tym do kaplicy. Opróżniła walizkę i powkładała do niej przyniesione rzeczy, po czym wyszła z nią do panów. W tym czasie inne dziewczęta schowały nasze dokumenty w fisharmonii. Chociaż rewizji w kaplicy do tej pory nie robiono, to jednak nikt nie mógł być pewny, czy i tam w końcu nie wejdą. Tymczasem w dużej sali czekała już komisja, żeby zobaczyć, z czym ta dziewczyna uciekała. Walizkę otworzono, ale ku zaskoczeniu zebranych były tam tylko dziewczęce ciuszki i trochę prywatnej korespondencji. Wszyscy byli przekonani, że to nie było to, z czym ona wyszła z baraku. Zenia z kolei twierdziła, że niedawno wróciła z wakacji czy z urlopu. Panowie byli bardzo niezadowoleni, ale niczego nie mogli udowodnić. Historia o tej walizce wyniesionej podczas rewizji w Centrali Krucjaty Wstrzemięźliwości oparła się później aż o biskupa Choromańskiego z Warszawy.

Funkcjonariusze przeprowadzający rewizję byli dobrze zorientowani, ile dziewcząt przebywało w tym czasie w baraku. Nie wiedzieli jednak, że wraz z modlącymi się kapłanami i dziewczętami w kaplicy przebywał również pan Józef, nasz pracownik. On jak wszedł do kaplicy, tak już z niej nie wychodził. Nie miał zupełnie żadnych potrzeb, żeby coś zjeść albo pójść do WC, w przeciwieństwie do dziewcząt, które ciągle z różnych powodów wychodziły stamtąd i wracały.Gdy Ojciec się zorientował, że panowie nie wiedzą o obecności Józefa w kaplicy, w pewnym momencie poszedł tam do niego i powiedział: „Oni będą plombować barak, ale ty nie wychodź stąd. Zostań tu i daj się zaplombować. Jak już będziesz przekonany, że wszyscy wyszli i że nikogo nie ma, to wyjmij z fisharmonii te wszystkie rzeczy i spal je w piecu (w kaplicy również znajdował się bowiem piec kaflowy), a potem stąd wyjdź przez zsyp na węgiel”. Kiedy funkcjonariusze w nocy wyrzucali dziewczęta z baraku, one powiedziały: „Dokąd mamy o tej porze iść? Przecież tu pracujemy, tu mieszkamy i tu jesteśmy zameldowane”. Panowie wtedy stwierdzili: „Jak nie macie gdzie iść, to my już od dawna mamy dla was przygotowane miejsce na Kilińskiego” – znajdował się tam areszt śledczy. Było około pierwszej w nocy, a one znalazły się dosłownie na katowickim bruku. Co było robić? Zwróciły się o pomoc do brata biskupa Bieńka, który miał taksówkę, żeby zawiózł je do Lipin, gdzie mieszkała nasza współpracowniczka Maria Cwołek, aby gdzieś na tych parę godzin do rana skłonić głowę. Po wyrzuceniu pracowników i zaplombowaniu baraku, jak już wszystko się uspokoiło, pan Józef, zgodnie z poleceniem Ojca, spalił schowane w kaplicy papiery. Niestety, Ojciec nie wiedział, że wśród nich były nie tylko nasze dokumenty, ale również jego pamiętnik. Do tej pory nie możemy tego odżałować. Ojciec też trochę żałował. Pamiętnik ten był bowiem niepowtarzalny. Ojciec zapisał tam całe swoje dzieje: te dziecięce, te z celi więziennej, swoje nawrócenie i przeżycia z tym związane. Dla nas był on również bardzo cenny i właśnie dlatego trzymałyśmy go z naszymi dokumentami w tej walizce. No, ale cóż – wszystko poszło z dymem. Po zakończonej sukcesem akcji funkcjonariusze nie widzieli powodu, żeby jeszcze trzeba było w nocy pilnować baraku, więc pan Józef mógł się z niego wydostać przez zsyp na węgiel, który na wcześniejszą prośbę Ojca Franciszka otworzył mu stróż pilnujący terenu wokół budującej się wtedy katedry.

SZALONY POCIĄG

Po wyrzuceniu dziewcząt przyszła kolej na Ojca. Cały czas myślał on o tym, że na biurku leży jego teczka, którą do tej pory nikt z funkcjonariuszy się jeszcze nie zainteresował. Z tą teczką Ojciec zawsze przychodził do baraku i w niej przynosił to, co mu było potrzebne na dany dzień do pracy. Mieszkał bowiem na plebanii przy katedrze Chrystusa Króla. W dniu rewizji również przyniósł ją ze sobą. Przypuszczam, że były tam rzeczy potrzebne mu na sympozjum: na pewno referaty, które miał wygłosić, ale prawdopodobnie również spis tych wszystkich kapłanów, którzy zgłosili swoje uczestnictwo. Ojcu na tym zależało najbardziej, żeby ten spis nie trafił w ręce tajnych służb, bo u każdego z tych księży byłaby prawdopodobnie również rewizja, a może i przesłuchania. Ojciec nie chciał nigdy niepotrzebnie narażać siebie albo innych, dlatego miał nadzieję, że jakoś mu się uda tę teczkę stamtąd wziąć, nie zwracając uwagi rewidujących. Tuż przed wyprowadzeniem go z baraku stanął sobie tak sprytnie koło biurka, żeby móc ewentualnie zabrać ją ze sobą. W momencie kiedy panowie podeszli do niego, jakby nigdy nic wsunął sobie tę teczkę pod pachę i pozwolił się wyprowadzić. Nikt na to nie zareagował. Nikt nie powiedział: „Co tam ksiądz zabiera? Nie wolno! Nie oglądaliśmy jeszcze tego”. Jakby zupełnie niczego nie zauważyli. Ojciec nie był jeszcze pewien, czy go nie wsadzą do samochodu i nie zaaresztują. Puścili go jednak wolno, więc spokojnie udał się do swojego mieszkania.

Fot. 4 – Zaplombowane wejście do baraku po likwidacji Centrali Krucjaty Wstrzemięźliwości

W tym miejscu zrobię taki mały przeskok w czasie. Po jakichś dwóch latach od likwidacji Centrali Krucjaty Ojciec jechał pociągiem. W przedziale oprócz niego siedział jeszcze drugi mężczyzna. Przypatrywali się sobie i wydawało im się, że się skądś znają. Po chwili Ojciec powiedział: „My się już chyba skądś znamy”. Wtedy tamten odpowiedział: „Tak. Katowice. Barak. Jordana 18”. Okazało się, że to był główny szef tej rewizji, a teraz jechali razem w tym samym przedziale. Ubowiec w pewnym momencie zagadnął Ojca: „Wie ksiądz, jak już jesteśmy tutaj tak sami, to porozmawiajmy o tej sprawie tak prywatnie, w cztery oczy, bo ja mam pytanie”. Ojciec odrzekł: „No to porozmawiajmy, bo ja też mam pytanie”. Zaczęła się więc rozmowa: „Proszę mi powiedzieć, jak to się stało, że wypuściliśmy wtedy księdza z tą teczką? Wie ksiądz, ja do tej pory nie mogę sobie tego darować”. Przez te dwa lata nurtowały go bowiem myśli, że skoro w czasie rewizji baraku wśród materiałów, które zabrali, nie znaleźli niczego obciążającego Ojca Franciszka, to na pewno to musiało znajdować się w tej teczce, której oni nawet w rękach nie mieli. Ojciec się tylko uśmiechnął, bo co miał mu odpowiedzieć? Teraz Ojciec zadał jemu pytanie i w taki sam sposób zaczął: „Proszę mi powiedzieć, jak to się stało, że napadliście wtedy na nas jak na nie wiadomo kogo? Przecież pracowaliśmy oficjalnie. Mogliście iść zwyczajnie do księdza biskupa i powiedzieć, że nie życzycie sobie takiej pracy, takiej działalności i ksiądz biskup mógłby mi nakazać, żebym jej zaprzestał. Wy jednak napadliście na nas jak na jakichś przestępców albo bandytów”. Tamten na to odpowiedział tak: „Proszę sobie wyobrazić, że pędzi pociąg, taki szalony pociąg, i nikt nie wie, dokąd on jedzie z taką szybkością i z takim pędem. Nie wiadomo gdzie się zatrzyma. Jak zatrzymać taki pędzący pociąg? Tylko na hamulec i koniec. Wy właśnie byliście takim szalonym pociągiem. Pędziliście i nie wiadomo było, dokąd jeszcze zmierzacie, dokąd chcecie dojechać. Jak was mieliśmy zatrzymać? Dwa lata zastanawialiśmy się, z której strony was podejść. Byliście tak zorganizowani, że nie można was było nijak zahaczyć. Wszystko było w porządku, wszystko grało. Z żadnej strony… No, a pędziliście nie wiadomo dokąd”. Taka to nieoczekiwana rozmowa odbyła się w pociągu w dwa lata po opisywanych wcześniej wydarzeniach.

Z WDZIĘCZNOŚCIĄ I WIARĄ

Następnego dnia rano po likwidacji Centrali dziewczęta przyjechały z Lipin do Katowic, bo martwiły się, czy Ojca nie zaaresztowano. Poszły na plebanię, gdzie go ku swojej radości zastały. Ojciec zebrał je w swoim pokoju i pierwszymi słowami, które do nich powiedział, było: „Podziękujmy Niepokalanej za to, co się stało. Podziękujmy, bo jeśli Pan Bóg dopuścił do zlikwidowania tak wielkiego dzieła, które już wydało tak wspaniałe owoce, to znaczy, że ma przygotowane dla nas jeszcze większe zadania”. Po tych słowach wspólnie odmówili „Magnificat”. Ojciec zawsze w każdej sytuacji za wszystko dziękował. Tak jak czytamy w 1 Liście św. Pawła do Tesaloniczan: „W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was” (1 Tes 5, 18). Tak Ojciec żył, tak robił, tak rzeczywiście postępował. Tą modlitwą dziękczynną było zawsze u niego: „Wielbi dusza moja Pana”. Potem powiedział: „Teraz Pan Bóg podarował nam czas, więc go wykorzystajmy”. Rzeczywiście, do baraku przyszłyśmy jako młode dziewczyny. Niektóre z nas po maturze pozgłaszały się na studia, ale w Centrali miałyśmy tyle pracy, że nie dało się ich kontynuować. Inne podjęły studia zaoczne, ale to też nie miało sensu, bo nie było się kiedy uczyć. Pracowałyśmy przecież całymi dniami, a nieraz i w nocy trzeba było zrobić coś pilnego. Niektóre przerwały nawet naukę w wieczorówce, bo i na to nie było czasu. Ojciec wtedy mówił: „To nie jest czas na naukę, gdy trwa walka o człowieka i o jego duszę, więc musimy do tej walki wszyscy stanąć właśnie w Krucjacie. Nie możemy myśleć o sobie”. Ale w tej chwili, kiedy wszystko nam zabrano, powiedział: „Teraz pójdziemy się uczyć. Ja pójdę na KUL, zrobię doktorat, a wy kontynuujcie naukę tam, gdzie która przerwała”. Pięknie to brzmiało, ale jak to miałyśmy zrobić? Pożegnałyśmy się przecież z rodzinami, a teraz można powiedzieć, że stało się to, przed czym rodzice przestrzegali, że może się wydarzyć. My nie słuchałyśmy ich, bo Pan Bóg nas powołał, więc głos rodziców wtedy się nie liczył. Nie mogłyśmy teraz przecież pójść do nich i powiedzieć im: „Mamo, tato, jest tak, jak zapowiadaliście. Jesteśmy na lodzie. Zostałyśmy z niczym”. Żadna z nas też tak nawet nie myślała. Każda wiedziała, że nic się nie skończyło. Skończył się tylko barak, tylko to miejsce się skończyło i praca w tym miejscu, ale wewnętrznie w nas nic się nie skończyło, to wszystko trwało. Krucjata w nas żyła, nasze powołanie w nas żyło. A to były tylko opłotki. Tak samo mówił św. Maksymilian o Niepokalanowie: „Niepokalanów to nie te baraki, nie te opłotki. Niepokalanów jest w was”. Tak mówił do braci. I myśmy to też tak przeżywały, że nic się nie skończyło. Owszem, nie miałyśmy swojego miejsca, nie miałyśmy mieszkania, nie miałyśmy pieniędzy, ale nie to było istotą naszego powołania. Ta istota była wewnątrz – w nas, a Pan Bóg jak zwykle się o wszystko zatroszczył.

Po pewnym czasie otworzono barak i pozwolono nam zabrać rzeczy osobiste oraz sprzęty z naszych pokoi: łóżka, etażerki, półki, krzesła, taborety itp. Mogliśmy wywieźć całe wyposażenie kaplicy i zakrystii, a także obrazy. Wszystkie odzyskane rzeczy z baraku tymczasowo ulokowaliśmy w magazynie w kurii. 

Fot. 5 – Po likwidacji Centrali Krucjaty

Fot. 6 – Po likwidacji Centrali Krucjaty. Na zdjęciu z o. Franciszkiem m. in (od prawej): Zyta Kocur, Gizela Skop i Zuzanna Podlewska

Kiedy pod koniec września wróciłam z leczenia w Szczawnicy, postanowiliśmy odbyć pieszą pielgrzymkę z Katowic do Częstochowy, na Jasną Górę. Chcieliśmy w ten sposób podziękować Matce Bożej za dotychczasowe lata pracy i za to wszystko, czego Bóg dokonał przez ten czas. Polecaliśmy też i oddawaliśmy w ręce naszej Pani i Królowej siebie i wszystko to, co nam Pan Bóg przygotuje. Ojciec Franciszek nie mógł iść z nami pieszo, ale spotkaliśmy się razem przed Cudownym Obrazem Matki Najświętszej. Ktoś ze znajomych widział (i później nam to powiedział), że drogę od bramy jasnogórskiej aż do kaplicy przeszedł on wtedy na kolanach.

Likwidacja Centrali Krucjaty Wstrzemięźliwości w Katowicach była jakby zamknięciem pewnego etapu. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, można powiedzieć, że był to dopiero początek całej działalności ks. Franciszka Blachnickiego. Jego pełna wiary reakcja, modlitwa dziękczynna za to, co się stało, ufność, że jeżeli Bóg do czegoś dopuścił, to na pewno z zamiarem uczynienia czegoś lepszego i większego, przekonanie, że bez woli Bożej nic się nie dzieje – to wszystko razem wytworzyło wśród najbliższych pracowników i naszej wspólnoty taką atmosferę, że nikt nie narzekał, nie zawodził, nie załamywał rąk, nie mówił: „Szkoda, że nam wszystko zabrali”. Uczyliśmy się od Ojca przyjmować z wdzięcznością i wiarą wszystko to, co Pan Bóg dla nas przygotował.

  •  
  •  
  •  

Może Ci się również spodoba