Skrzydła

Oaza Rodzin I stopnia w Ostródzie

Do Ostródy jechałam bez przekonania. Szukałam Boga, ale nie sądziłam, że na pewno tam właśnie będzie na mnie czekał.

Oczywiste to na początku nie było, ale z dnia na dzień zbliżałam się do Niego coraz bardziej. Pomagały mi w tym różne przeżycia, ale mam wrażenie, że najbardziej szkoła modlitwy, namiot spotkania i spotkania w grupkach. Nie do przecenienia była też „modlitwa małżonków”, potem rachunek sumienia ze spowiedzią (pierwszą tak głęboką w życiu), dialog małżeński, pieczętujący nasze „tu i teraz”. Na namiocie spotkania, jak również w innych momentach, tyle razy Bóg powiedział mi, że mnie kocha – taką, jaką jestem, że nie miałam wyjścia i musiałam w to uwierzyć. To pozwoliło mi zrozumieć, że wreszcie będę mogła naprawdę pokochać swoich bliskich! Świadomość, że z czegoś ich „okradałam” przez te lata, kiedy byliśmy razem, a ja walczyłam z samą sobą, była ogromnie smutna, ale nadzieja, że teraz to zmienię, była budująca!

Miłość do siebie samej stała się możliwa głównie dzięki temu, że prawdziwie pokochałam Jezusa – odczuwalnie, radośnie zakochałam się w Najświętszym Sakramencie. Słowa zasłyszane na szkole modlitwy pozwoliły mi nawiązać kontakt z NIM. Potem już wszystko „działo się samo”, jak lawina. Modlitwa zaczęła być spotkaniem, a nie powinnością. Doceniłam też Maryję (do tej pory mijałam się z Nią), zaczęłam Ją poznawać i przyjaźnić się z Nią.

Przewrotnie – dzięki osobie, która na początku wywoływała we mnie negatywne odczucia, otworzyłam oczy na wiele zakrytych dotąd przede mną sfer życia. Zachwyciłam się jej podejściem do życia, jej autentycznością i głębią.

Pod koniec rekolekcji zaczął we mnie wzrastać niepokój, że to wszystko się kończy. Bałam się konfrontacji z rzeczywistością. Moja codzienność nie jest już takim inkubatorem, jakim były rekolekcje. Przygniata czasem przyziemnością problemów. Zauważam jednak różnicę – już nie mam oporów przed dawaniem świadectwa. Tak bardzo chcę się dzielić swoim szczęściem, że nie zastanawiam się nad tym, co ktoś o mnie pomyśli (staram się przy tym nie być nachalna i postępować z wyczuciem). Cieszę się na samą myśl, że Bóg jest ze mną. Na Eucharystię chodzę i przyjmuję Ciało Pana z taką radością, której nigdy wcześniej nie odczuwałam. Mam wrażenie, że faktycznie narodziłam się na nowo, choć boję się nadużyć tego określenia, bo mam świadomość swojej słabości i niedoskonałości.

Budujące jest to, że nasze dzieci również nadal wracają w rozmowach do rekolekcji – do tego miejsca, do ludzi, których tam poznały. Zawsze są to rozmowy bardzo pozytywne, zabarwione tęsknotą. Nasi sąsiedzi znają już chyba wszystkie piosenki, których dzieci nauczyły się na rekolekcjach.

Po rekolekcjach zrobiłam jeszcze jeden krok do przodu – dałam sobie szansę i wstąpiłam do tutejszej diakonii muzycznej, żeby nie stracić skrzydeł.

Boże, kocham Cię! Dziękuję.

Ewa G.

  •  
  •  
  •  

Może Ci się również spodoba