Świadectwa z ewangelizacji ulicznej – ciąg dalszy

Czwartkowa ewangelizacja to dla mnie realizowanie pragnienia serca, chcącego głosić Bożą miłość, ale także pokonywanie oporów przed pójściem. Kiedy przychodzą trudności, przypomina mi się słowo – bądźcie wierni w małych rzeczach. Ta mała rzecz, jaką jest czwartkowa ewangelizacja, daje mi wiele radości i pozwala zobaczyć jej wielkość.

Dzisiaj (22 września br.) spotkaliśmy z Jackiem młodego chłopaka, który był wierzący, ale stronił od mówienia o tym, ze względu na nieznaną reakcję ludzi. Mimo tego że należał obecnie do wspólnoty, powiedział, że dotychczas nie ogłosił Jezusa swoim jedynym Panem i Zbawicielem. Zrobił to dziś z nami na ulicy 🙂

Potem był inny młody mężczyzna, który deklarował się jako ateista. Miał mnóstwo pytań, sporą wiedzę w temacie wiary, a z rozmowy wynikało, jakby był poszukujący. Nic nie wskazywało na to, że ten człowiek pomodli się z nami i zaprosi Pana Jezusa do swojego życia.

Nigdy nie wiadomo, czyje serce się otworzy, dlatego idźmy i głośmy Ewangelię wszelkiemu stworzeniu.

Kasia Żukowska

 

Tego czwartku poszedłem na ewangelizację z Markiem. Marek juz ewangelizował, ale był pierwszy raz z naszą grupą na czwartkowej ewangelizacji we Wrocławiu. „Przyjdź Duchu Święty i posyłaj nas do tych, którzy potrzebują Twojego Słowa” – modliłem sie szeptem.

Spotkaliśmy grupę dziewczyn i zapytaliśmy o miłość Bożą. Trzy od razu uciekły, ale dwie zostały. Jedna poszła z nami, a druga przysłuchiwała się bacznie z odległości kilku metrów. Częsty scenariusz o „zatwardziałym” sercu, które trudno tak od razu przełamać „twarzą w twarz”. Jest pragnienie Słowa, pragnienie Pana Boga, ale jednoczesne zagłuszanie tego wszystkiego. Myślałem: Panie Jezu, posyłasz nas właśnie do tych „trudnych”, by się o nich upomnieć, znów zasiać w ich sercach nadzieję, dać miłość i pokazać, że czekasz. Zły nie chce dać za wygraną i często w takich sytuacjach dzwoni telefon lub grupa wraca po taką osobę, żeby ją odciągnąć. Zadzwonił telefon i ludzkie sprawy znów wygrały z bezinteresowną miłością Pana Jezusa.

Poszliśmy dalej. Zaczepiły nas dwie dziewczyny ubrane w kitle pielęgniarskie i zaproponowały imprezę w klubie obok, ale gdy usłyszały naszą propozycję spotkania się z Bogiem na ulicy, odeszły, usprawiedliwiając się pracą. Później podeszła kolejna dziewczyna, ale biła od niej jakaś radość życia, jakby tu nie pasowała… Zaproponowała tym razem klub go-go, my oczywiście Pana Boga. Nie uciekła, tylko zapytała z niedowierzaniem czy nie żartujemy. Zdeklarowała się jako osoba wierząca i nawet brała udział jako wolontariuszka na Światowych Dniach Młodzieży. Zupełnie nas zatkało. Oczy błyszczały jej szczerością i niewinnością, dlatego zapytałem o jednorożca wyhaftowanego na czapce. Powiedziała, że rozmawiała z zaprzyjaźnionym księdzem o ten symbol i powiedział jej, że to nic złego. Spokojnie zapytałem czy to, co robi i w co wierzy, nie wydaje jej się niespójne, bo z jednej strony zaprasza ludzi do klubu go-go, a kilka tygodni wcześniej pomaga ludziom, którzy przyjechali z całego świata wielbić Pana Boga. Nie oceniamy tego, co robi, głosimy… Usłyszeliśmy częste tłumaczenie: „Przecież ja się nie rozbieram. Nie pracuję w klubie, a praca jest tylko na tydzień, bo potrzebuję szybko zarobić”. Powiedziałem delikatnie, że jest to przecież służba drugiej stronie, kiedy namawia się ludzi do złego. Na to odpowiedź: „Nie, ja tylko proponuję, a czy ktoś pójdzie, czy nie, to już jest jego decyzja”. Po ludzku wszystko da się zracjonalizować i wytłumaczyć. Zły potrafi omamić tak, że nie jesteśmy w stanie ujrzeć w danym momencie prawdy.

Wszystko, co mogliśmy zaproponować, to modlitwa i przyjęcie Pana Jezusa jako swojego Pana i Zbawiciela. Ula, bo tak miała na imię, bez żadnych oporów to zrobiła. Powiedziała, że jeszcze kilka dni i wraca do opieki nad dziećmi, bo tym się normalnie zajmuje. Ścisnęliśmy się ciepło i uśmiechnęliśmy do siebie jak bracia i siostry w Chrystusie, po czym wróciliśmy do swoich zajęć…

Niestety, Ula w następnym tygodniu też tam była, ale akurat nie mogliśmy do niej podejść, bo rozmawialiśmy z Anią, która ze łzami w oczach słuchała o Panu Jezusie. Oby szybkie pieniądze nie pociągnęły Uli za sobą, Panie Jezu, oby już nie.

Paweł Baranowski

 

  •  
  •  
  •  

Może Ci się również spodoba