Trzeci list z Karagandy

Obie podjęłyśmy decyzję, że chcemy wrócić do Karagandy jeszcze na pół roku; i choć wizę można wyrobić w innych państwach, byleby przekroczyć granicę Kazachstanu, to jednak na kilka tygodni wracamy do Polski.

Drodzy oazowicze!

Na Objawienie Pańskie minęły równo trzy miesiące, odkąd jesteśmy w Karagandzie, szóstego lutego minie kolejny miesiąc. Czas płynie tak szybko, że trzeba już myśleć o przedłużeniu wizy.A to jeszcze zdjęcia ze święceń Saszy, o których pisałam w poprzednim liście.

ze stron diecezji karagandyjskiej

diakonat1

diakonat2

diakonat3

Miesiąc, który minął od mojego poprzedniego listu do Was, wydaje się być spokojniejszy. A może się mylę? Popatrzmy… Jeszcze w starym roku była u nas Wigilia dla pracowników, dla Towarzystwa Polskiego i nasza – domowników. 3 stycznia zaś było spotkanie dla księży i sióstr zakonnych z całej diecezji. Dzięki temu niektórzy łamali się ze sobą opłatkiem nawet po kilka razy.

Sylwestra spędziliśmy w gronie „domowym”. Siostry eucharystki zaprosiły nas do siebie na „późną” kolację. Doczekaliśmy u nich do północy, kiedy to zaczęły strzelać fajerwerki. My z kolei włączyliśmy „na pilota” dzwony na wieży kościelnej. Taki akcent katedralny.

Poza tym Anika świętowała swoje 24. urodziny (tak, tak! urodziła się dokładnie w ostatni dzień roku!), więc między kolędami były i inne przerywniki muzyczne. Dzięki gościom z Majkuduka, którzy na chwilę do nas zawitali, mieliśmy szansę dowiedzieć się, jak wiele i w ilu językach znamy piosenek na urodziny.

katedra

W Karagandzie (a może i w całym Kazachstanie) jest taki zwyczaj, że w sylwestrową noc ludzie się odwiedzają (ruch uliczny jest wtedy dużo większy niż przez cały następny dzień). Do nas przyjechali goście z Majkuduka, a my dostaliśmy zaproszenie od Oksany, która pracuje w Caritasie; potem chcieliśmy pojechać do ks. Czarka, który już jest proboszczem w Saraniu. Zabraliśmy się więc w piątkę: Anika, ja, ojciec, diakon i kleryk Jurek (Jerzy/Jura – bo i tak się do niego zwracaliśmy), który jest akolitą, seminarzystą w Karagandzie. Pochodzi z Litwy, ale mówi, że w zasadzie jest Polakiem. Jego rodzice to Polacy, on sam dość dobrze mówi po polsku, choć oczywiście słychać, że akcent ma ciut inny. Na ok. dwa tygodnie został przysłany do katedry w ramach praktyki.

U Oksany posiedzieliśmy troszeczkę, ale do ks. Czarka już nie pojechaliśmy. To miała być niespodzianka, on się nas nie spodziewał, więc niestety poszedł spać. Przez telefon osobiście go obudziłam i usłyszałam, że chętnie, że zaprasza, ale już nie tej nocy. Tak czy siak, w domu z powrotem byliśmy chyba ok. 3:00. Nienajgorszy sposób świętowania wejścia w nowy rok kalendarzowy.

Wielkim świętem w Kazachstanie jest 1 stycznia. Z tej okazji ludzie mają tu dzień wolny. To jest właściwa u nich okazja, by spędzić czas z rodziną. Sam nowy rok bywa gdzieniegdzie tak hucznie obchodzony, że fajerwerki puszcza się nie tylko przez godzinę od północy, ale przez całą noc! I nawet kilka następnych nocy. Bardziej zaś niż katolickie, poważaniem cieszy się tu prawosławne Boże Narodzenie (obchodzone 6 stycznia). Z tej okazji był urzędowo wolny poniedziałek 7 stycznia. Zasada jest prosta: jeśli święto wypada w weekend, żeby dzień wolny, świąteczny, nie przepadł, przesuwa się go na najbliższy dzień roboczy. Dzieci zaś dostały kilka dni wolnego, więc miały mini-ferie. Na kilka godzin mogły przyjść do nas, posłuchać katechezy, porysować/pokleić/powycinać, pobawić się. Tematem ogólnym tych spotkań była wiara. Ja i Anika miałyśmy okazję przerobić z dziećmi pierwszą katechezę, którą poświęciłyśmy ogólnie temu, co znaczy wierzyć, a w szczególności: wierzyć Bogu.

Na razie wciąż potrzebuję kilku godzin wcześniejszego przygotowania, ale kiedy trzeba, spokojnie wezmę czytanie lub psalm podczas Mszy Świętej. Zakrystię póki co ogarniają najczęściej s. Polina, s. Katia i Aleksandr. Ale czuwać trzeba: we wtorek tzw. выходной день (dzień wolny) jest u sióstr, w środę u Saszy. Znaczy to tyle, że jak dadzą znać wcześniej (proboszczowi zwłaszcza), w ten dzień mogą spokojnie przekazać odpowiedzialność za kościół komuś innemu. Na razie główną zakrystianką jest Anika, ale myślę, że szkolenie i mnie jeszcze czeka.

scenka

scenka1scenka dla dorosłych ze stron diecezji karagandyjskiej

Tuż przed Pasterką (która jednak odbyła się w krypcie, bo na górze było zbyt zimno) młodzież i dorośli wystawili bożonarodzeniową scenkę. Anika i ja dostałyśmy po małej roli. Warto też wspomnieć, że wspaniałe stroje w zdecydowanej większości były dziełem naszej s. Poliny. Jednak być aktorem, a pracować za kulisami, to zupełnie co innego.

dzieci1

Na 6 stycznia swoją scenkę przygotowały dzieci. Po dwóch stronach sceny głównej ustawiliśmy kotary, za którymi dzieci miały się chować podczas nie-swoich scen. Po jednej stronie stała Anika, po drugiej ja. Nasze zadanie? Ogarnąć dzieci, wypuścić ich w odpowiednim momencie, nieco podpowiadać tekst. Te stworzenia są niekiedy nie do ogarnięcia, próby nie wyglądały zbyt obiecująco, a jednak wydaje mi się, że efekt ostateczny był bardziej niż zadowalający. Wprawdzie jeden pastuszek pokręcił tekst w scenie końcowej, Maryja twierdziła (na migi), że jeszcze nie teraz jej kwestia, ale dzieci bardzo się przejęły przedstawieniem i włożyły w nie serce, a dorosła widownia to doceniła i nagrodziła małych aktorów gromkimi brawami. Wychodzili ukłonić się jeszcze raz.

dzieci2

Pierwszy raz w życiu miałam okazję pojeździć na łyżwach – w rodzinnym domu nikomu dotąd nie udało się mnie na to namówić. Jak wrócę do Polski, bezsprzecznie muszę sobie kupić własne! Spotkało mnie też inne ciekawe doświadczenie. Otóż ojciec wziął mnie i Anikę na mecz hokeja. I tak jak łyżwy polubiłyśmy obie, tak hokej tylko ja. Nie spodziewałam się tego sama po sobie, taki spokojny ze mnie człowiek, wyciszony. A jednak wiem doskonale, że gdy na meczu hokeja nie dojdzie do żadnej bójki, to spotkanie będzie nudne, taka prawda.

Команда (czyli drużyna) z Karagandy nazywa się Сарыарка (H.C. Saryarka), a ich barwy to niebieski i żółty. Mają na koncie chyba ponad 20 zwycięstw pod rząd, i choć ja jestem z Polski, to na meczu nigdy nie mam wątpliwości, którzy są „nasi”.

dzieci3

Ważnym polskim elementem świąt jest późniejsza wizyta duszpasterska. W Kazachstanie jest to coś nowego, dlatego chętni parafianie mogą się zapisać na kolędę (a dokładnie освящение квартиры, czyli poświęcenie mieszkania), zostawić swój adres, a ksiądz i/lub diakon przyjdzie.

Bez wizyty duszpasterskiej nie mogło się obyć i w naszym domu. Wprawdzie obrazków nie dostaliśmy, ale pierwszy raz w życiu uczestniczyłam w kolędzie z kadzidłem. Przeszliśmy przez wszystkie pokoje, w których ktoś mieszka (lub może mieszkać), finał zaś nastąpił w skrzydle sióstr eucharystek, gdzie zakończyliśmy wizytę duszpasterską herbatą i małym co niecoJ.

Trochę wstyd przyznać, ale dopiero od niedawna wdrożyłyśmy konkretny podział obowiązków co do gotowania obiadów. My, tzn. Anika, Kasia i ja. Długo jakoś funkcjonowało wszystko nieco chaotycznie, ale ponieważ głównie Anika gotowała i zawiadowała kuchnią, nic złego się nikomu nie stało. A od kilkunastu dni… W poniedziałki i czwartki gotuję ja, we wtorki, soboty i niedziele Anika, a środę i piątek dostała Kasia. I teraz co? Nie przeszkadzamy sobie, gotujemy to, co lubimy, i jak dotąd – ostatecznie wszystko zostaje zjedzone. Kreatywność – jeśli coś zostaje z poprzedniego dnia – mile widziana.

snieg

Zimą miewamy tu niekiedy tzw. буран (buran – nawet między sobą używamy tej nazwy), co znaczy dosłownie „zamieć”. Wieje bardzo silny wiatr, przeganiany przezeń śnieg sprawia, że jazda samochodem w mieście bywa trudna, a co dopiero w stepie. Czasem warunki pogarszają się na tyle, że drogi wyjazdowe z miast na noc są zamykane – nie da się wyjechać i koniec. Z samolotami też może być problem. Gdy więc ktoś w Kazachstanie wybiera się w dłuższą podróż, zaczynający się właśnie buran nigdy nie nastraja pozytywnie. Nie wiadomo bowiem, jak długo może potrwać – może tylko noc powieje, może tydzień. Kiedy piszę do Was ten list, buran trwa już mniej więcej od doby, może nie najsilniejszy, jak na Kazachstan, ale wierzcie mi – z domu się absolutnie wychodzić nie chce. I niby nie jest nawet tak zimno – bo np. termometr dziś (tj. 23 stycznia) pokazywał tylko -2,5 stopnia, to jednak widok uginających się od wiatru drzew za oknem i tej zamieci śnieżnej nie nasuwa skojarzeń ze spacerem.

Parafia przy katedrze, jak już Wam pisałam, wciąż się buduje. Oczywiście, na wszystko trzeba środków finansowych. Problem ten spada w głównej mierze na ks. biskupa, który przy różnych okazjach stara się pozyskać sponsorów. Każdy tu oszczędza, na czym może, a i tak na koniec miesiąca okazuje się, że mamy spore problemy. Nie ma lekko, to sprawa, którą na pewno zna dobrze każdy proboszcz także i w Polsce; gdyby nie wsparcie różnych instytucji, sponsorów i ludzi dobrej woli wspomagających nas nie tylko finansowo, katedra by nie przetrwała.

Napisałam Wam na początku o przedłużaniu wizy. Jak niektórzy wiedzą, dostałyśmy ją tylko na 6 miesięcy – bo tylko na tyle można dostać wizę misjonarską. Obie podjęłyśmy decyzję, że chcemy wrócić do Karagandy jeszcze na pół roku; i choć wizę można wyrobić w innych państwach, byleby przekroczyć granicę Kazachstanu, to jednak na kilka tygodni wracamy do Polski. Na razie czekamy na rozwój wypadków, bo potrzebne nam nowe dokumenty związane z potwierdzeniem ze strony Republiki Kazachstanu, ale bilety na samolot na wszelki wypadek już kupione.

Do wylotu jeszcze nieco ponad miesiąc, ale już teraz polecam się (siebie, jak i Anikę) Waszej modlitwie, zwłaszcza w kwestii uzyskania wszelkich potrzebnych dokumentów oraz wyrobienia nowej wizy.

Kochani, pozdrawiam Was serdecznie; z Bogiem!

Agnieszka Wałkiewicz

  •  
  •  
  •  

Może Ci się również spodoba