Wspomnienie o śp. Basi Klisiewicz

Basię poznałem w 1986 roku, kiedy to wraz z  mężem Karolem wstąpiła do nowopowstałego kręgu Domowego Kościoła (akurat w tamtym momencie był to VI krąg w tym rejonie) w jej rodzinnej parafii pw. św. Ignacego Loyoli przy ul. Stysia we Wrocławiu. Animatorami i inicjatorami jego powstania byli Józia i Fredziu Tęczarowie. Do tego kręgu weszli też m.in.  moi dziś już nieżyjący rodzice Weronika i Kazimierz Sobczukowie. Gdy spotkania formacyjne odbywały się u nas w domu, to jako dziecko uczestniczyłem w części modlitewnej, a potem „agapowej” – dzisiaj nazywanej: dzielenie się życiem.

Już wtedy na spotkaniach zauważyłem, że Basia modli się ponadprzeciętnie. Ona nie klepała modlitw, Ona naprawdę rozmawiała z Panem. Czuła Jego obecność. To było niesamowite! Zarażała innych, także mnie, swoim sposobem kontaktu z Panem Jezusem.

Basia dobrze rozeznała swój dar i przez wiele lat wraz ze swoim mężem posługiwali w Diakonii Modlitewnej. Sam niezliczone razy zwracałem się do Niej z prośbą o modlitwę za mnie lub w jakiejkolwiek potrzebie – nigdy nie odmawiała. Zapewne teraz już zbiera za to nagrodę u stołu Pana.

Patrząc na Basię nauczyłem się też głębokiego przeżywania Cudu Eucharystii. To Jej postawa zanurzenia w Panu podczas Eucharystii pokazała mi, że to co się dzieje na ołtarzu jest prawdziwe, wielkie i Boskie!

Krąg, w którym formowali się Basia z Karolem i moi rodzice był ze sobą tak zżyty, że panowała w nim wręcz rodzinna atmosfera. Ja znałem chyba każdą Jej radość i smutek, a Ona moje. Basia i Karol byli też przyjaciółmi naszego domu, dlatego mogę powiedzieć, że była  dla mnie jak druga Mama. Mama, do której przychodziło się po poradę. Mamą, która też potrafiła „przywołać do porządku”, gdy schodziłem z dobrej drogi.

Wspominam teraz ostatnie spotkanie z Basią, gdy już w ciężkim bólu, chorobie leżała w szpitalu. Ja z moją żoną Anią przyszliśmy Ją odwiedzić na SOR, a Ona na powitanie powiedziała nam: „lekarze powiedzieli mi, że już do śmierci nie będę chodzić”. Wtedy ja, chcąc Ją pocieszyć dodałem: „ale tylko do śmierci”. Zaraz zawstydziłem się moją niezręcznością, ale teraz już wiem, że to moje „tylko” trwało kilka dni i teraz Basia biega już po Ogrodach Pana. Mam nadzieję, że biega też z moim rodzicami oraz pozostałymi członkami naszej Wspólnoty, których nie ma już tu na ziemi.

Jurek Sobczuk

Rejon IV DK

  •  
  •  
  •  

Może Ci się również spodoba