Warto rozmawiać?

Przypominamy, że teksty publikowane w zakładce „Moje refleksje” nie są oficjalnym stanowiskiem Ruchu Światło-Życie, ale prywatnym zdaniem poszczególnych jego członków.

diecezjalna diakonia komunikowania społecznego


Tytułem wstępu

Doskonale zdaję sobie sprawę, że również w środowisku oazowym są różne punkty widzenia na pewne kwestie, ale uważam, że mimo to, a może nawet właśnie dlatego, warto rozmawiać. Jeżeli jednak ktoś jest przeciwnego zdania, co do sensu wymiany poglądów, to może zwyczajnie tego tekstu nie czytać.

Do napisania go skłoniły mnie trzy sprawy i właściwie nie wiem, która z nich przesądziła.

  • Niedzielna premiera filmu „Wyrok na niewinnych”
  • Wstrzymanie poniedziałkowej emisji kolejnego odcinka programu Jana Pospieszalskiego z cyklu „Warto rozmawiać” (o czym prowadzący dowiedział się na 5 minut przed planowaną godziną rozpoczęcia!)
  • Rozmowa z red. Sławomirem Danilczukiem (z niedzieli), którą wysłuchałam przedwczoraj.

Może kogoś zdziwi, co wspólnego ma „Wyrok na niewinnych” z pozostałymi kwestiami. Otóż właśnie w poniedziałek nagle przyszła mi taka myśl, że jednak bardzo wiele.

Od pioniera aborcji do obrońcy życia

„Wyrok na niewinnych” opowiada historię Bernarda Nathansona i legalizacji aborcji w USA. Przy okazji zachęcam do obejrzenia go. W związku z zamknięciem kin, można od niedzieli wykupić możliwość oglądnięcia go przez internet (tutaj).

Kto kiedykolwiek spotkał się ze świadectwem dra Nathansona, ten być może również wie, jak do tej legalizacji aborcji tam doszło.

Bernard Nathanson był lekarzem i należał do grupy założycieli i liderów organizacji o nazwie National Association for Repeal of Abortion Law (NARAL) czyli Narodowego Związku na rzecz Zniesienia Ustawy o Aborcji, której działania ostatecznie doprowadziły w USA do zalegalizowania zabijania nienarodzonych.

Jeżeli chodzi o aborcję, to Nathansona można nazwać wręcz pionierem tej procedury w Stanach. Jak sam twierdził, był osobiście odpowiedzialny za śmierć kilkudziesięciu tysięcy dzieci (między innymi w założonej przez siebie jednej z pierwszych klinik aborcyjnych w USA). Mówi o ok. 75 tysiącach zabiegów, z których 15 tysięcy wykonał osobiście, w tym również pozbawiając życia własne dziecko.

Co się stało, że nagle po latach zupełnie zmienił zdanie i stał się jednym z czołowych działaczy pro-life? Sam tak o tym mówił:

Dlaczego zmieniłem zdanie na temat aborcji? Cóż, na początek, nie wynikało to z przekonań religijnych, ponieważ. . . Szczerze mówiąc, byłem ateistą. . . . W każdym razie zmiana zdania zaczęła się od uświadomienia sobie, nieuniknionej rzeczywistości, że płód jest osobą, jest ludzkim życiem, które należy chronić. Zmiana rozpoczęła się również w oparciu o moją świecką wiarę w złotą zasadę: jeśli nie chcesz odebrać sobie życia, nie możesz odbierać życia komuś innemu.

Bardzo mocno do niego przemówiło bowiem to, co zobaczył na USG (ta technika obrazowania wtedy dopiero wchodziła do diagnostyki).

Dzięki USG mogliśmy nie tylko przekonać się, że płód jest normalnie funkcjonującym organizmem, ale także wykonać pomiary jego funkcji życiowych, ważyć go i określać jego wiek, widzieć, jak przełyka i oddaje mocz, widzieć go w stanie uśpienia i przebudzenia, a także obserwować, jak porusza się nie mniej celowo niż noworodek.

Przełomowym momentem było, gdy poprosił swojego przyjaciela, dokonującego nawet do 20 aborcji dziennie, aby ten przy pomocy USG nagrał przebieg aborcji na taśmie filmowej. To, co razem zobaczyli na tym nagraniu, sprawiło, że obaj byli głęboko poruszeni. Sam Nathanson tak o tym później napisał:

Był to wstrząs dotykający korzeni mojej duszy.

Po raz pierwszy zobaczył bowiem wtedy rozpaczliwą i beznadziejną walkę o życie 12-tygodniowego płodu poddawanego aborcji. Taśma z tym nagraniem została potem profesjonalnie opracowana i tak właśnie powstał film „The Silent Scream” („Niemy krzyk”).

Wiara w Boga jednak przyszła znacznie później. Ostatecznie Bernard Nathanson przyjął chrzest 9 grudnia 1996 r. w katedrze św. Patryka w Nowym Jorku.

Kto chce się czegoś więcej dowiedzieć o drodze jego nawrócenia, polecam w „Miłujcie się” artykuł: Bernard Nathanson – aborter w obronie życia.

Metody „kreowania rzeczywistości”

Jeszcze przed swoim nawróceniem dr Nathanson zaczął wspierać ruchy pro-life i obnażać kłamstwa ruchów proaborcyjnych, a znał je jak mało kto, bo przecież osobiście brał udział w kreowaniu tej kłamliwej rzeczywistości.

Warto zapoznać się z techniką, jaką stosowało NARAL, żeby zmienić mentalność Amerykanów tak, aby zaakceptowali oni przyzwolenie dla zabijania nienarodzonych. To wszystko jest bardzo podobne do tego, o czym już kiedyś w tej naszej zakładce pisał ks. Piotr Żuber, tylko, że wtedy dotyczyło to Kolumbii.

O wielu szczegółach, jak to konkretnie zostało przeprowadzone w USA, możemy się dowiedzieć z przemówienia dra Nathansona, które wygłosił on w 1982 roku w Irlandii. Myślę, że warto zapoznać się z nim w całości (tutaj).

Ogólnie można powiedzieć, że posłużyli się oni takimi narzędziami jak kłamstwa, kłamstwa i jeszcze raz kłamstwa, które były potem nieustannie cytowane przez media tak, jakby były one zgodne z rzeczywistością.

Jedną z metod było np. fałszowanie sondaży:

W 1968 roku wiedzieliśmy, że uczciwe przeprowadzenie wśród Amerykanów ankiety na temat przerywania ciąży oznaczałoby dla nas druzgocącą klęskę. Zdecydowaliśmy się więc działać inaczej: posługując się środkami masowego przekazu, rozpowszechnialiśmy wyniki przeprowadzonych przez nas rzekomo ankiet, twierdząc, że 50 lub 60 proc. Amerykanów chce legalizacji przerywania ciąży. Była to niezwykle skuteczna „taktyka samospełniających się proroctw”: gdyby dostatecznie długo wmawiać amerykańskiej opinii publicznej, że wszyscy są za legalizacją aborcji, większość nabrałaby przekonania o słuszności takiego poglądu. Niewielu ludzi bowiem lubi należeć do mniejszości.

Kolejne kłamstwa dotyczyły zawyżania ilości faktycznie dokonywanych aborcji oraz liczby kobiet umierających w wyniku tych nielegalnych wtedy zabiegów.

Wiedzieliśmy również, że jeśli dostatecznie udramatyzujemy sytuację, wzbudzimy dość sympatii, aby „sprzedać” nasz program legalizacji sztucznych poronień. Dlatego sfałszowaliśmy dane na temat nielegalnych zabiegów przerywania ciąży wykonywanych każdego roku w USA. Mass mediom i opinii publicznej przekazywaliśmy informację, że rocznie przeprowadza się w Stanach około miliona aborcji, chociaż wiedzieliśmy, że naprawdę jest ich około 100 tysięcy. Podczas nielegalnych zabiegów umierało rocznie 200–250 kobiet, ale stale powtarzaliśmy, że śmiertelność jest znacznie wyższa i wynosi 10 tysięcy rocznie. Liczby te zaczęły kształtować świadomość społeczną w USA i były najlepszym środkiem, aby przekonać społeczeństwo, że trzeba zmienić prawo antyaborcyjne.

Było tam też kłamstwo, że nielegalnych zabiegów przeprowadza się dokładnie tyle samo, ile przeprowadzałoby się ich po zalegalizowaniu przerywania ciąży. Tymczasem dr Nathanson w tym przemówieniu stwierdził, że

przed zliberalizowaniem ustawy antyaborcyjnej przeprowadzano w naszym kraju 100 tysięcy sztucznych poronień rocznie, dziś [tzn. w 1982 r. – przyp. A.K.] liczba ta wynosi 1,55 mln. Jestem przekonany, że gdybyśmy zakazali przerywania ciąży moglibyśmy powrócić do 100 tysięcy.

Bardzo ciekawe jest również to, co dr Nathanson mówi, o Kościele katolickim:

Najważniejszą i najskuteczniejszą z taktyk, które stosowaliśmy podczas naszej działalności w latach 1968–1973, była tak zwana karta katolicka.

Warto się zapoznać z tą metodą opisywaną przez niego dość dokładnie w tym przemówieniu, a może i zastanowić, czy czasem niektórzy z nas nie dają się nadal „rozgrywać” w różnych kwestiach jako ci „oświeceni” katolicy w odróżnieniu od tych katolików „ciemnych”.

Nathanson mówił również o tym, że:

Oprócz „karty katolickiej” NARAL stosował jeszcze dwie kluczowe metody w propagandzie na rzecz aborcji: ukrywanie wszystkich dowodów naukowych na to, że życie zaczyna się od poczęcia i zawładnięcie środkami masowego przekazu.

Nie będę tutaj przytaczać całej jego wypowiedzi, ale zachęcam, żeby się z nią zapoznać.

Niedopuszczalne przekroczenie granic?

Teraz kilka słów wytłumaczenia, dlaczego to wszystko tak bardzo kojarzy mi się z tym, co się stało w poniedziałek 19 kwietnia z programem Jana Pospieszalskiego.

Dla tych, którzy nie wiedzą krótkie wyjaśnienie, o co chodzi.

Myślę, że część z nas miało okazję przynajmniej kiedyś zobaczyć program Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać”, a może nawet są tacy, którzy oglądają (a może już niestety oglądali?) go regularnie. Właśnie przed tygodniem w programie tym, oprócz prowadzącego, wzięły udział osoby (w sumie 3 lekarzy, jeden prawnik i jeden dziennikarz), które miały na temat naszej rzeczywistości poglądy różne w stosunku do tych lansowanych nam niezmiennie od kilkunastu już miesięcy w oficjalnych mediach.

Prawie natychmiast po tym programie podniosły się różne głosy oburzenia, wśród których być może jednym z najwyrazistszych był głos pani poseł Joanny Lichockiej (z PiS) która na Tweeterze stwierdziła, że jest to „skandaliczny przekaz”, który wymaga „reakcji Rady Mediów Narodowych” i „jak to możliwe”, że w TVP jest nadawany taki program „atakujący [wg niej – przyp. A.K.] walkę z pandemią”, że to jest „niedopuszczalne przekroczenie granic”. Obiecała również:

Na najbliższym posiedzeniu złożę projekt stanowiska RMN w tej sprawie.

Nie wiem, czy takie posiedzenie się już odbyło, ale faktem jest, że emisja poniedziałkowego odcinka „Warto rozmawiać” została wstrzymana, o czym Jan Pospieszalski został poinformowany na 5 minut przed planowanym rozpoczęciem programu.

Tym bardziej szkoda, że miała to być rozmowa z udziałem rodziców, pedagogów i psychologów dziecięcych oraz Ministra Edukacji i Nauki na tak ważny temat, jak problemy dzieci i młodzieży związane z przedłużającą się izolacją oraz zdalnym nauczaniem, a także wpływ tego stanu nie tylko na poziom wykształcenia, ale również na ich szeroko pojętą kondycję psychiczną.

Warto przy okazji zauważyć, że pani Lichocka nie odniosła się merytorycznie do tez stawianych w programie z 12 kwietnia, ale jedynie stwierdziła, że skandalicznym jest w ogóle prezentowanie odmiennego punktu widzenia niż ten „jedynie słuszny”.

W trakcie, gdy pisałam ten tekst, otrzymałam wiadomość o wczorajszym oświadczeniu Komisji Etyki TVP, która na stronach Centrum Informacji Telewizji Polskiej poinformowała, że:

w jednym z odcinków programu „Warto rozmawiać”, wyemitowanym 12 kwietnia w Telewizji Polskiej, naruszono zasady etyki dziennikarskiej obowiązujące w TVP (…) Komisja Etyki uznała, że w audycji zaprezentowano wyłącznie głosy krytyczne wobec podejmowanych działań w walce z pandemią. Dochowanie zasad rzetelności dziennikarskiej jest szczególne ważne w czasie, gdy ludzie walczą o zdrowie i życie i gdy tak wielu widzów, w oparciu o wiedzę z audycji telewizji publicznej może podejmować decyzje odnoszące się do własnego zdrowia, a w szczególności szczepień czy zachowania zasad profilaktyki.

No cóż, naprawdę bardzo dziwi mnie ta nagła dbałość o etykę w tej kwestii, podczas gdy przekaz medialny TVP (ale i TVN) pod względem informacji na temat pandemii jest nie tylko (i nie tylko moim zdaniem) wybitnie jednostronny, ale i bardzo nierzetelny.

Jan Pospieszalski był dotąd jednym z niewielu dziennikarzy pracujących w TVP, który w swoich programach pokazywał, że nie wszyscy przyjmują ten „jedynie słuszny” przekaz jako prawdziwy i nie są to jacyś foliarze, ale ludzie, którzy opierają swoje przekonania na twardych danych naukowych.

Nie jest wykluczone, że program redaktora Pospieszalskiego już nie wróci na antenę, bo jak poinformowało Centrum Informacji TVP to orzeczenie Komisji Etyki TVP „stworzyło nowy kontekst moralno-prawny audycji”, a w związku z tym

Telewizja i producent audycji rozpoczęli rozmowy, dotyczące warunków utrzymania audycji w przyszłej ofercie nadawcy publicznego.

Czy tylko mi nasuwa się w związku z tym pytanie: czy tak właśnie wygląda demokracja i czy na tym właśnie polega wolność słowa?

Tydzień temu dzieliłam się (tutaj) odkryciem świetnych (moim zdaniem) wykładów ks. Stanisława Adamiaka na temat teologii w twórczości J. R. R. Tolkiena i C. S. Lewisa.

Tam akurat zamieściłam zapis pierwszego z nich, o grzechu (ale są linki do wszystkich). Wydaje mi się, że bardzo trafne myśli odnośnie tej całej sytuacji można znaleźć w drugim wykładzie pt. POKUSA. Ks. Stanisław mówi tam m.in. o niebezpieczeństwie pokusy zastosowania złych metod pozornie do dobrych celów, które musi się skończyć tragicznie nawet, gdy intencje byłyby na początku dobre. Być może, że właśnie to przydarzyło się rządzącym obecnie Polską? Piszę „być może”, bo nie chcę zakładać, że od początku mieli złe zamiary. Jak było, nie wiem, ale oni to wiedzą.

Potwierdzenie smutnej diagnozy

Ta cała sytuacja z cenzurą programu Jana Pospieszalskiego jest dla mnie niestety potwierdzeniem moich wcześniejszych wrażeń, że diagnoza postawiona przez redaktora Sławomira Danilczuka dotycząca tego, co dzieje się teraz praktycznie na całym świecie, jest bardzo trafna i niestety nie przesadzona. Pisałam już o tym kiedyś wcześniej (tutaj).

Polecam wysłuchać rozmowy z nim (tutaj) albo przynajmniej przeczytać artykuł (tutaj), w którym zawarł on najważniejsze kwestie poruszone w tym programie (ale więcej chyba jednak poruszył ich w rozmowie).

Najważniejszą z nich jest to, że pandemia COVID-19:

to w swojej istocie projekt gospodarczo-społeczno-polityczno-finansowy.

I nie chodzi tutaj o polemizowanie z faktem, że wirus jest i powoduje chorobę, a nawet śmierć wielu osób, ale o zupełnie co innego.

Jak, moim zdaniem słusznie, zauważa redaktor Danilczuk:

Gdybyśmy mieli do czynienia z problemem dotyczącym zdrowia i życia kilku miliardów ludzi państw najwyżej rozwiniętych, najtęższe umysły od kilkunastu miesięcy pracowałyby nad lekarstwami mogącymi złagodzić przebieg choroby a być może skutecznie ją zwalczyć. Pełną parą prowadzone byłyby prace nad wykorzystanie znanych już, sprawdzonych i tanich lekarstw jak amantadyna, iwermektyna czy hydroksychlorochina. Tym bardziej, że lekarze wykorzystujący te medykamenty w terapiach antykowidowych rejestrują i zgłaszają wysoką skuteczność wyleczeń w tysiącach przypadków. Rządy oraz lokalne i międzynarodowe instytuty medyczne nie tylko nie spieszą się w opracowaniu najbardziej skutecznej terapii lekowej co starają się ograniczać pracę lekarzy wykorzystujących sprawdzone już lekarstwa, posuwając się do szykan i sabotażu ich pracy.

Tymczasem według redaktora Danilczuka:

Celem projektu pandemicznego jest przebudowa świata jaki dotąd znaliśmy. Wolnorynkowy kapitalizm i liberalna demokracja już się zużyły i przestały być potrzebne globalnym elitom. Pandemia COVID-19 nie skończy się dopóki jej realne cele nie zostaną osiągnięte. Dopóki świat Zachodu nie będzie mógł zostać przemodelowany bez wywołania globalnego sprzeciwu jego obywateli. Bez globalnego wrzenia zdesperowanych społeczeństw. Pandemia Trwa Mać [to powiedzenie zaczerpnięte z przejęzyczenia Waldemara Pawlaka – przyp. A.K.], dopóki nie zostanie przygotowany odpowiedni grunt do wprowadzenia Postpandemicznego Totalitaryzmu. Gdy zostaną już wdrożone o wiele bardziej zaawansowane systemy globalnej kontroli i wymuszania społecznego posłuszeństwa, projekt pandemiczny będzie można wygasić. Ani dnia wcześniej.

No cóż, ja osobiście zgadzam się z tą niezbyt optymistyczną oceną tego „projektu”, który jest aktualnie przeprowadzany na skalę globalną.

Dodatkowo to tak nachalne propagowanie masowych szczepień ludzi preparatami, których ani skuteczność, ani bezpieczeństwo nie jest potwierdzone (np. z Izraela są już dane, że 3 miesiące po szczepieniu poziom przeciwciał praktycznie spada do stanu sprzed szczepienia) i wprost albo pośrednio wymuszanie na ludziach tych szczepień poprzez „kij i marchewkę”, a ostatnio również informacja z Pentagonu, że na finiszu są już prace nad podskórnym czipem, który ma wykrywać „zakażenie koronawirusem jeszcze przed objawami infekcji” i który ma rzekomo „pomóc ograniczyć nieświadome rozprzestrzenianie SARS-CoV-2”, powinny wzbudzać przynajmniej jakąś refleksję o ile nie niepokój. (tutaj)

Globalny „eksperyment stanfordzki”?

We wspomnianym przeze mnie wcześniej wywiadzie redaktor Danilczuk nawiązał do eksperymentu więziennego Zimbardo:

Kto o eksperymencie stanfordzkim nie słyszał ten powinien przynajmniej obejrzeć film opowiadający o tym projekcie (tutaj) i sprawdzić jak wiele elementów zademonstrowanych przez uczestników tego „wydarzenia” z 1971 r. wspólnych jest z obecnymi zachowaniami „ludzi wolnych” w wykreowanej rzeczywistości pandemicznej – zarówno po stronie wytypowanych do roli „więźniów” (ofiar) jak i tych, którym w udziale przypadła czasowa rola „strażników” (oprawców).

Znajdziemy tam przede wszystkim „sztuczny świat więzienia” umieszczony w dobrze znanym, realnym świecie piwnic szanowanego uniwersytetu. Podobnie nasze dobrze znane nam domy i mieszkania w projekcie pandemicznym przekształcane są w cele, w których mieszkamy, pracujemy i spędzamy czas wolny – jak w instytucji totalnej.

Znajdziemy tam atrybuty władzy w postaci pałek i mundurów, które dziś mogą kojarzyć się ze strzykawkami i lekarskimi kitlami, oraz atrybuty poddaństwa w postaci numerów i łańcuchów na kostkach. Na numery w pandemicznym projekcie przyjdzie jeszcze czas (o czym przed rokiem pisałem w Globalnym Buncie Elit). Role łańcuchów pełnią zaś maseczki nakazywane przez strażników pomimo racjonalnych i medycznych przeciwwskazań [o tym można przeczytać np. tutaj – przyp. A.K.] Tylko po to by uzyskać efekt posłuszeństwa, by więźniowie mogli mieć czas, aby wczuć się w swoje role. By nie śmieli protestować gdy nadejdą kolejne irracjonalne polecenia.

W tym wprowadzaniu nas wszystkich w tę „nową normalność” dostrzegam niestety bardzo podobny, a może nawet ten sam mechanizm, który zastosował NARAL przy forsowaniu prawa do legalnej aborcji:

  • wielokrotne powtarzanie różnych kłamstw praktycznie we wszystkich większych mediach,
  • manipulowanie statystykami i danymi,
  • a nawet fałszowanie tych danych,
  • zatajanie prawdziwych informacji,
  • blokowanie jakiejkolwiek możliwości merytorycznej dyskusji,
  • a bazowanie na maksymalnie podkręcanych emocjach.

Jest właściwie chyba tylko jedna dostrzegalna różnica: NARAL, przynajmniej na początku nie dysponował zbyt wielkimi środkami finansowymi, a tu od samego początku zaangażowany jest olbrzymi kapitał.

Prawidłowa reakcja

Jednak, żeby nie kończyć tak minorowo, odwołam się do bardzo trafnych myśli św. Maksymiliana Marii Kolbego, które jakoś mi do tej całej sytuacji pasują, a dotyczą naszego działania, modlitwy i zaufania Bogu:

Napoleon powiedział: by wygrać wojnę, potrzeba trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy, pieniędzy. By zdobyć niebo, świętość potrzeba też trzech rzeczy – modlitwy, modlitwy, modlitwy. Od jakości modlitwy zależy wszystko.

Pan Bóg nie mierzy modlitwy na metry i jej wartość wcale nie zależy od ilości odmawianych różańców czy koronek. Istotę modlitwy stanowi wzniesienie myśli i duszy do Boga. Modlitwą wszystko (prawdziwie pożyteczne) na pewno otrzymasz. Ale natrętnie, stale módl się; z coraz większą żarliwością. A Pan Bóg przez cię będzie cuda wykonywał.

Źródłem pokoju jest zdać się na wolę Bożą: robić, co jest w naszej mocy, resztę zostawić staraniu Bożej Opatrzności i zaufać jak dziecko Matce swej najlepszej.

A więc modlitwa i zaufanie, ale i robienie tego, co jest w naszej mocy.

To współgra również z tym, o czym mówiła p. Alice von Hildebrand (wdowa po Dietrichu von Hildebrand, niemieckim filozofie i teologu katolickim zbiegłym z hitlerowskich Niemiec do USA, którego Joseph Ratzinger określił jako jedną z najwybitniejszych postaci naszych czasów, a dla odmiany wicekanclerz III Rzeszy Franz von Papen nazwał wrogiem numer jeden narodowego socjalizmu). Kiedyś trafiłam na bardzo ciekawy wywiad z nią i chociaż tam chodziło o infiltrację Kościoła przez wprowadzonych do niego agentów (o czym już po swoim nawróceniu informowała również p. Bella Dodd, z którą małżonkowie von Hildebrand się przyjaźnili), jednak to, co w tym wywiadzie powiedziała p. Alice, wydaje mi się niesamowicie trafne właściwie na każdą okoliczność:

Tylko niektórzy ludzie zareagują prawidłowo. Co to znaczy? Pokuta. Modlitwa. Ofiara. Pokładanie ufności w Bogu plus walka. Jeśli walczysz bez modlitwy, jesteś stracony. Jeśli modlisz się wtedy, gdy trzeba walczyć, nie spełnisz swojej misji.

Agnieszka Kowal
diecezjalna diakonia komunikowania społecznego

Zobacz również

  •  
  •  
  •